- Najnowszym bestsellerem naszego rynku wydawniczego jest Pańska debiutancka powieść „Xenna – moja miłość”. Jest ona powieściowym debiutem wieloletniego dziennikarza „Rzeczpospolitej”, analityka rynku wydawniczego, autora wielu fachowych publikacji książkowych związanych z tym właśnie rynkiem. Skąd pomysł na tę – nie pozbawioną drastycznych opisów – powieść obyczajową?
- Napisałem książkę o tym co dobrze znam, czym do pewnego stopnia „żyję”. Mam świadomość, że to jakby drugie życie, klimat punk rockowych koncertów daleki jest od świata analiz rynkowych, ale jedno i drugie łączyć można – czego jestem najlepszym przykładem. „Xenna” to jednak nie tylko historia punk-rocka, to także opowieść o miłości, miłości nieco patologicznej, przyprawionej zdradą i alkoholem, miłości niespełnionej i nieszczęśliwej. A pomysły na taką fabułę dyktuje nam życie.
- Co w powieści wynika z Pańskich osobistych doświadczeń, a co jest po prostu literacką fikcją?
- Jak w każdej książce fikcja miesza się z rzeczywistością. Pisząc książkę zawsze korzystamy z doświadczeń – własnych i osób trzecich, w jakimś sensie pisarz kradnie ludzkie życiorysy, naturalnie także wygląd zewnętrzny opisywanych osób nie jest wyłącznie projekcją wyobraźni. Gdy widzę w pociągu piękną dziewczynę, staram się szybko zanotować jej uśmiech, kształt jej ust, nosa, kolor włosów, a jednocześnie wyobrażam sobie jej zapach, to jak może zachowywać się w chwilach intymnych, czasem wyobraźnia posuwa się jeszcze dalej, siedzę naprzeciw niej i notuję zapamiętale już absolutnie fikcyjną fabułę, ale z jej udziałem, a biedne dziewczę nie świadome niczego spokojnie przerzuca kolorowy magazyn lub rozmawia ze swoich chłopakiem przez komórkę. Ja mam nawyk notowania, oczywiście 90 procent tych notatek ma dla mnie wyłącznie archiwalne znaczenie. Ale też bez takiego archiwum, będącego swoistą galerią ludzkich typów, chyba nie mogłaby powstać „Xenna”.
- Jako fachowiec od nowości książkowych śledzi Pan na bieżąco wszelkie przemiany zachodzące w polskiej prozie. W jakim stopniu Pański utwór jest odbiciem tych przemian?
- „Xenna” porównywana jest z prozą Charlesa Bukowskiego, zresztą moim zdaniem nie do końca zasadnie, dla mnie na pewno ważne były takie książki jak „Wybór Zofii” Styrona, „Baltazar i Blimunda” Saramago, „Homo Faber” Frischa, oczywiście twórczość Nabokova czy Philipa Rotha. Z polską prozą trudno mi tą książkę porównywać, chyba najbliższy klimat znajdziemy w prozie Krzysztofa Vargi. Ta najmłodsza polska proza, reprezentowana choćby przez Dorotę Masłowską, ale nie tylko, to proza innego, aliterackiego, języka, proza posługująca się składnią z piosenek hip hopowych. Mnie się to bardzo podoba, ale słuch jest u mnie inny, więc napisać czegoś takiego raczej bym nie potrafił. Ale w „Xennie” sporo jest wyrażeń slangowych, sporo też wulgaryzmów, jak napisał w recenzji Krzysztof Masłoń, jest to „język ze skłota rodem”. I faktycznie tak jest. Skłot to coś w rodzaju punkowej komuny.
- Czy nie obawia się Pan, że ogłaszając „Xennę” może Pan stracić zaufanie ze strony tych, którzy dotychczas widzieli w Panu wyłącznie specjalistę od rynku wydawniczego?
- Obawiam się. Ale cóż, życie to sztuka wyboru.
- Przed laty pisywał Pan wiersze, ale zaprzestał Pan uprawiania poezji. Czy zadecydował o tym brak popytu na poezję?
- Raczej utrata pewnego rodzaju wrażliwości. Nie umiem już pisać wierszy. |