Charles Bukowski dla ubogich. Ta książka jest tak nieprawdziwa, że aż nie chce się wierzyć, że autor żyje i istnieje. Przeglądając wpisy na jej internetowej stronie, którą założył zapobiegliwy autor, widać, że „Xenna moja miłość” zdobywa rewelacyjne recenzje. Począwszy od szarych czytelników, poprzez celebrities punk rocka (jak Paulus), a skończywszy na recenzentach poważnych gazet, jak Wprost i Rzeczpospolita. Tych ostatnich jednak rozumiem. O pankroku wiedzą tyle, że to rzecz wymyślona przez Malcolma Maclarena, całość sprowadzając do młodzieżowej mody, agrafek, skór i postawionych włosów. Autor nie wyrywa ich z tej ułudy (choć to ponoć stary warszawski załogant z lat osiemdziesiątych o ksywie Disorder), wręcz utwierdza ich w tym przekonaniu. Można bowiem wszystko powiedzieć o Xennie, tylko nie to, że ma coś wspólnego z punk rockiem. Ot, zmienić nazwy zespołów i klubów i może być to historia „bezimiennego bohatera” słuchającego szant. Postacie są tekturowe i będzie im obojętne gdzie je postawimy. Tekturowe jest też tło, sprowadzone tylko do dekoracji - z deklarowanego anarchizmu, punkowania głównego bohatera w książce są widoczne tylko zewnętrzne atrybuty i symbole. Recenzenci podkreślają „prawdziwość” świata wykreowanego przez Łukasza Gołębiowskiego – tylko dlatego, że w książce dużo się przeklina, pije, ćpa i pieprzy. Tymczasem ta realność ma tyle wspólnego z prawdziwym życiem, co hollywoodzkie produkcje. Bohater jest pisarzem (po trzydziestce? przed czterdziestką?), utrzymującym się... z pisania książek! W Polsce! Posiada złotą kartę VISA, żyje na wysokiej stopie, pije drogie trunki, śpi w luksusowych hotelach, spełnia zachcianki Xenny – a to wszystko z honorariów autorskich. Ciekawe, prawda? Bohater nie miewa całodziennych kaców, po pijaku zawsze mu staje, z każdej opresji wychodzi obronną ręką. Irytuje jego mizoginizm i pseudo głębokie rozważania na temat młodości, przemijania i niezdolności do uczuć – na poziomie uduchowionej nastolatki z liceum. Jego postać jest irytująco niespójna, z jednej strony bywa na skłotach i koncertach, gdzie „wszyscy go znają” – bo pojawia się na każdym gigu, zawsze ostro poguje, pije tanie wino z punkowcami, stawia piwo młodym zespołom (sic!!!), a z drugiej – uwielbia życie w luksusie, nosi oryginalne ciuchy z Camedown Town, na koncerty przyjeżdża taksą i zawsze wysiada kilkaset metrów wcześniej. I nie ma tu żadnego napięcia, nic się nie gryzie, nikt nie wyczuwa fałszu. Świat opisywany u Gołębiowskiego istnieje tylko w jego książce. I głowie. O czym jest „Xenna moja miłość”? Sam wydawca reklamuje ją tak: „Poznana przypadkiem na koncercie punkowego zespołu Deuter dziewczyna staje się wieloletnią obsesją bezimiennego bohatera - pisarza, alkoholika, utracjusza, który życie spędza w ciągłej pogoni - za miłością, za złudzeniami, za imaginacją. Przemierza świat, poznaje kolejne kobiety, nie znajduje jednak szczęścia”. To „nieznajdywanie szczęścia” jest pretensjonalne do bólu, sklejone z klisz i stereotypów – prolog idzie tak: nieszczęśliwy bohater pije w knajpie, bo kocha dziewczynę, ona go też, ale nie może z nią być, bo jest przegrany i o tym wie. Ona oczywiście pisze listy, których on nie otwiera – bo się boi, bo ucieka przed swoimi uczuciami, miłością... Chlip, chlip... Prawda, że smutne? Przy czym bar mają za chwilę OCZYWIŚCIE! zamknąć, bohater jest OCZYWIŚCIE! ostatnim klientem, pali OCZYWIŚCIE! papierosy, a jak wyjdzie do domu to puści sobie Patti Smith i będzie sączył ostatni kieliszek... Przykładowy fragment: „Teraz jesteśmy sami, kieliszek i ja, zatopieni w półświetle słabej żarówki, znudzony barman ustawia pasjansa i co kilka minut wymownie spogląda na zegarek. Minęła północ, nie mam do czego wracać”. Wypisz wymaluj, lokal z piosenki KSU (Siedzę w pustej knajpie/Wszyscy już odeszli w ciemną noc/Kelner zbiera szklanki/Zaraz mnie wypędzą znowu stąd). Takich fragmentów jest więcej. W drugiej części bohater jedzie za Xenną do Meksyku, bo ona jest (dzisiejszą recenzję sponsoruje słowo OCZYWIŚCIE!) nieszczęśliwa i nawet po tylu latach jest gotowa dać mu szansę i zacząć wszystko od nowa. Niczym polskie kobiety - męczennice, kobiety - służebnice narodu, zawsze wiernie czekające na swych Odysów, wracających z kolejnego powstania, wojny, względnie pijaństwa. Tak samo gotowe do poświęceń i do wybaczeń. Nie zdradzę jednak zakończenia, jeśli napiszę, że OCZYWIŚCIE! nic z tego, bo bohater w dalszym ciągu hamletyzuje. „Nuda wygoniła nas na ulice miast” - to Kryzys. Uff! Na ulicy nie ma książek.... Jedyne co mi się podoba, to zakończenie. Przypomina mi błogi czas wyjazdów na kolonie i obozy żeglarskie. Każdy miał zeszyt (im grubszy, tym lepszy), tzw. pamiętnik. Dawało się go każdemu, kogo się lubiło, do wpisu. Wpisywano w nim rozmaite sentencje, złote myśli, wiersze... Czytelnik odwracając kartkę nie wiedział nigdy, co znajdzie – czy wzniosły wiersz o rozstaniu i niespełnionym uczuciu, czy „na górze róże, na dole pąki, kochamy siebie jak dwa aniołki”. Uczucie deja vu mam odwracając ostatnią stronicę „Xenny”. Wpierw jest fragment piosenki Post Regiment, a pod nim taki oto kolonijny wpis „Czasami miłość wypala się całkowicie. Pozostaje po niej tylko popiół. Czasami jednak żarzy się długo, nie gaśnie. Wystarczy suchy liść, by znów pojawił się płomyk”. To Mniszkówna? |