W lutowym numerze "Notesu Wydawniczego" Grzegorz Sowula krytykuje "Melanże z Żyletką". Poniżej pełen tekst recenzji.
W swej drugiej powieści autor „Xenny” wyraźnie poprawił styl: mocne frazy, krótkie zdania, plastyczne opisy, dobre dialogi. I – to wszystko. Krytykowałem „Xennę”, ale proszę nie myśleć, że zawziąłem się na autora. Nie mogę chwalić jednak książki, która – w moim przekonaniu – niczego nie mówi, jedynie opowiada. Jej bohater, 34-letni pisarz żyjący samotnie, uniezależniony od dochodów z książek, zależny zaś od alkoholu i seksu, podrywa panienkę, która mogłaby być jego córką. Skusiła go jej punkowa prezencja, pisarz bowiem jest zagorzałym fanem tego gatunku. Pełnoletnia na szczęście dziewczyna łże niczym nawiedzony przedszkolak, bohater-twardziel utrzymuje, że guzik go to obchodzi, co dla jego kochanki jest oczywistym wyzwaniem. Powtarzają się motywy „Xenny”: podróże, ochlaje, orgie, przede wszystkim zaś główny watek – miłość nieszczęśliwa po obu stronach i dla obu stron. Materiał stary jak świat, Charles Bukowski, do którego autor jest ostatnio porównywany, też nie opierał się uczuciu, tyle że po lekturze jego książek nie miałem wrażenia, iż wszystko to znam. A co najważniejsze, nie zadawałem sobie pytania: po co ten cały kram? Czemu ma służyć nic nie wnosząca, niczego nie odkrywająca opowieść o małolacie, która boi się życia i udającym twardziela facecie, skoro nie wynika z niej nic poza konstatacją, że „kochamy się bez obietnic, kochamy się bez miłości” i nie potrafimy nic z tym zrobić. Bo nie chcemy. Bo się boimy. Ale o tym była już i „Xenna”, i moja o niej recenzja. No, chyba że za prawdziwe credo autora uznamy stwierdzenie: „Nie kręci mnie to co robię, piszę dla pieniędzy. Najchętniej odziedziczyłbym wielką fortunę i ją roztrwonił”. Jak mawiał mój przygłupi nauczyciel licealny: to jest sprawa co innego. Taką w pełni nihilistyczną opowiastkę można by od biedy zaakceptować. Zbyt wiele jednak w tej historii skrywanego uczucia, miękkości, łagodności, wyrozumienia. W takim razie zostają pieniądze. Tylko one tłumaczą pozbawione sensu zakończenie – swoiste „deux ex machina” – tej książki. Coś mi się wydaje, że przerwy w pisaniu autor wypełniał oglądaniem DVD ze starymi horrorami… Mój redakcyjny kolega pisał, że to książka nie dla tych, którzy sądzą, że „nie da się na okrągło chlać, ćpać, uprawiać seks. (…) Bez obaw. Da się”. Pewnie, że się da. Tylko po co o tym pisać?