W numerze 1-2/2008 "Lampy" Kazimierz Bolesław Malinowski rozprawia się z "Melanżami z Żyletką" w recenzji pt. "Dziewiętnastka jako pułapka". Ten sam autor rok wcześniej na lamach "Lampy" krytykował "Xennę". Poniżej pełny tekst recenzji.
Po przeczytaniu drugiej powieści Gołębiewskiego dostrzegamy rysującą się jego specjalizację tematyczną. Otóż jest nią pararomans zbliżającego się do wieku średniego pisarza-pijanicy ze smarkulą upadłą. Trend ten zapoczątkowała Xenna moja miłość, powieść mało udana. Bez przeto nadmiernego entuzjazmu wziąłem się za Melanże z Żyletką i, no jednak, no trudno to mie zgryźliwemu tetrykowi przyznać, ale są lepsze, wyraźnie. Jest o tym samym, ale jest to jakoby gdyby wydestylowana i poprawiona wersja Xenny, bez tych ideologicznych punkowych durnot, bez tego zennowego pretensjonalnego pustosłowia imitującego smooth luzz. Fabularnie nic więcej, ale styl autorowi się wyostrzył, już kuma jak snuć opowieść żeby czytelnik nim nie gardził. Żyleta jest to 19-letni kurwiszonik, urodziwy wiosennie nałogowy kłamczuszek i alkoholiczek. Autor jest ten sam on, co zabawne, podrywa Żyletkę na swoje autorstwo powieści Xenna, co biorąc pod uwagę zalety tej książki, których nie posiada, mogłoby wydać się niemożliwem, ale fikcja literacka zintegruje każde niemożliwość. Bohater autor jest tym razem bardziej naturalny, w sensie się już tak nie pompuje frazesami no future, nadużywa chlania i ruchania na przemian, bo po prostu nie wyobraża sobie fajniejszego sposobu na spędzanie czasu. Dietę tę uzupełnia haszim, spidem i szlugaskami. Oj, nie on programowo do dżi-pitu dżenerejszyn: Mrówkojady spały (...) W zoo było pusto. Dzień wcześniej umarł papież. Lubimy bohaterów wiarygodnych palantów, bo możemy się uśmiechnąć pod nosem myśląc, aleś bracie wlazł w krzaczory, ech jak byś wiedział co ja wiem i był mną, twe życie byłoby udane jak me. Ale plastyczną postać żałosnego durnia może wykreować tylko umysł bystry, na wrażliwych receptorach. Więc ona zawsze może znaleźć u niego w lodówce piwo i wódkę, a on może ją zawsze dymać. Ona najpierw się wysilkuje. Na początku miała inwencję. Starała sie. Moja mała malarka. Moja mała piosenkarka. Moja nuda wiolonczelistka. Moja mała recytatorka. Mój mały chodzący geniusz, chce być błyskotliwa i utalentowana, chce mieć poczucie przynależności do samca, lecz nie z nim te numery, gdyż jest cyniczny ironiczny bezzłudzenio-wy i żaden poważny związek z nim możliwy nie jest Trochę mu jej w porywach żal, zmarnowany kwiat, ale nie zapędza się w to, układ jest układ. To jej przestaje zależeć na imidżu, przecież służy za dmuchaną lalę, to się puszcza i samookalecza, żeby wywołać w nim jakąkolwiek silną emocjonalne reakcje wskazującą na żywą relację. Ale on jest niewzruszonym. Trochę go rozstraja wiadomość że Żyl jest w ciąży: Ja tam niczego nie jestem pewien, zwykle wkładam kondoma, ale jak jestem pijany, to nawet nie mam pewności, w który otwór wchodzę. Mogło mi się wydawać, zerżnę ją bez gumy w dupe, a to nie była dupa. Alarm fałszywy, jednak dobrze mu się wydawało. I znów uczuciowo ani drgnie. Pozwala jej na poboczne fornikacje, na łgarstwa, na po prostu wszystko, daje jej alko w zamian za towarzystwo. O jej rękę starają się stosunkowo porządni chłopcy, lecz ona wybiera ultra-permisywnego faceta z pełną butelek lodową i telewizorem, gdyż teraz zostało jej tylko to, preferuje westerny, zupełnie jak Lutek Wittgenstein, tyle że on chodził na nie do kino. Rzucają się, wracają, i nieustannie intensywnie zużywają. Krótkie treściwe rozdziały, ładnie zarejestrowane dialogi, bez zestawu tych zbędnych pretensjonalnych klejnotów, w które obfitowała Xenna. Jest to znów o nihiliście, wprost, ale bez męczenia doktryną nihilizmu prostacko wyłożoną w duchu swojackim, jak wtedy. Zakończenie jest od czapy, brutal real skontrapunktowany podkręconą groteską, może tak i lepiej. Jako ilustracja dźwiękowa pojawiają się m.in. piosnki Grabaża Porno oraz Patyczaka Można się spodziewać, że następna książka Gołębiewskiego będzie jeszcze lepsza i jeszcze niejedno upodlenie przed nami.
Szkoda, że pan Kazimierz B. Malinowski z takim uprzedzeniem podszedł do książki, bo niektóre fragmenty tej recenzji wydają mi się być bardzo trafne, to faktycznie książka o "intensywnym zużywaniu". Tylko recenzja napisana jest tak jakoś tendencyjnie, z wrogością do Autora czy też do książki, że przez to przestaje być wiarygodna.