37-letni Łukasz Gołębiewski napisał trzecią powieść ze sfer pankowych po Xennie i Melanżach z Żyletą. Już w niej mniej punkowego dressingu, więcej zwykłej pijackiej obyczajówki. Ma formę 29 opowiadań, zmontowanych w większą opowieść o upadku w towarzystwie tytułowego kolegi Disordera i przygodnych pań, które napataczały się podmiotowi lirycznemu w następstwie rozpadu pożycia ze ślubną małżonką. Ponuro się to czyta, choć z dozą chorobliwej ciekawości – w jakich też okolicznościach zrzyga się podmiot, gdzie upadnie, kogo potrąci, jaki wymyśli kolejny żałosny sposób na wyłudzenie butelki piwa lub jej równowartości w złotych i jaką pomyłkę zawlecze do wyra. Ma to być zapewne w założeniu literatura chropowatego realu, twarda jak cios, gorzka jak bełt, no i coś tam z tego wyszło. Ekshibicja bezwstydna i bezlitosna mentalnej i obyczajowej nędzy to, owszem, mocna strona tej klaustrofobicznej książki. Fajne też bywają podpatrywanki sytuacyjne, karykatury postaci, dialogi. Jest to nieomylny znak, że autor uniknął jednak potrzasku grafomanii. Schyłkowy PRL, pookrągłostołowa pseudomorfoza to tło do wycieczek na Słowację po tani rum, zabawę w dziennikarstwo w dzielnicowych gazetkach, podrywanie dziewcząt i starszych pań, akwizytorowanie proszkami przepierkowymi Lanza, ochż ile tam wydarzeń, sadzenie cebulek tulipanów, esperal wszyty w zadek, podpieprzanie na zamówienie książek z osiedlowej biblioteki, pomoc przy handelku kwiatami ciętymi zakończona demolacją miejsca pracy, haszysz z tytoniem, fascynacja Blaszanym bębenkiem, kradzież fiata 126 p, krocie, powiadam krocie banalnych przygód AA. Nie z ogniem opowiadane, ale na omdleniu kacowym, jakby bez wiary, że historie mogą wzbudzić zainteresowanie. Powiatowa dekadencja w mieście stołecznym. Świat, który się z tego tekstu wyłania, jest pokraczny, immanentnie paskudny, banalnie wulgarny. Miłość, przyjaźń, więzy rodzinne to kiepski pic. Trzeba ten świat nabić w butelkę, zapić do urwania filmu. Tej tezy autor broni do upadłego ze schodów.
|