Skorzystałem z okazji, że można było tanio polecieć i jestem właśnie w Izraelu. To moja druga wizyta w tym udręczonym niekończącą się wojną i nienawiścią kraju, pierwszy raz byłem w 2002 roku podczas intifady (drugiego powstania palestyńskiego). Pracowałem wówczas jeszcze w "Rzeczpospolitej" i pojechałem jako korespondent, pisałem wówczas m.in. relację z Targów Książki w Jerozolimie oraz innych imprez literackich w Tel-Awiwie i Jaffie. Był to niebezpieczny czas, w Jerozolimie niemal nie było turystów. Lądowałem wówczas na nowoczesnym lotnisku w Tel-Awiwie. Tym razem poleciałem tanim lotem czarterowym i wylądowalem na środku pustyni Nagew, na lotnisku wojskowym Ovda, którego nie ma nawet na mapie (cel wojskowy). Z boeinga wysiadło się bezpośrednio na pas startowy, a po wyjściu z niewielkiego budynku poza przystankiem autobusów była jedynie pustynia. Tą pustynią pojechałem do Jerozolimy, ale Jerozolimę i Betlejem zostawię sobie na następną kartkę. Droga przez pustynię jest męcząca i monotonna. Na zewnątrz o tej porze roku ok. 25 stopni. Przygnębiają biedne osady Beduinów i wyschnięte koryta rzek - woda tu jest towarem deficytowym (butelka wody w sklepie kosztuje ok. dolara). Podobno na pustyni ukryte są laboratoria atomowe, gdzie Izrael produkuje broń nuklearną, tak czy inaczej roi się od wojska, a ciekawostką są mijane wypalone szkielety czołgów i wozów bojowych. Pustynia zajmuje ok. 40 proc. kraju i jest to ogromne pustkowie. Jedyne większe miasto, stolica Negew, to Beer-Szewa (po hebrajsku Studnia Przysięgi - jedna z najstarszych osad Izraelitów, ale dziś to głównie fabryki i szare blokowiska). Ciekawostką pustyni jest jakoby największy na świecie krater - Ramon. Cóż, byłem bezpośrednio nad nim w miasteczku Micpe Ramon i na krater mi to ani trochę nie wygląda, ale ponoć nie powstał w wyniku uderzenia meteorytu lecz erozji skał, więc dlatego wygląda po prostu... jak zerodowany wąwóz. W Izraelu jest gorąco, sucho, nocą bardzo wietrznie. Więcej w następnej kartce bo teraz jestem zmęczony.