|
|
Wtorek, 27 Lipca, 2010
Pozorna erudycja |
|
Disorder
|
Łatwość wyszukiwania informacji, niwątpliwie wygodna, nieco mnie przeraża. Niczego nie musimy już zapamiętywać, wszystko możemy znaleźć w internecie, który staje się podstawowym zasobem wiedzy (nie licząc bibliotecznych repozytoriów). Nie trzeba czytać by sypać cytatami, kontekstami, z lekkością wymieniać tytuły dzieł, których się nie czytało i szafować nazwiskami autorów, których się nie potrafi wymówić. Łatwość wyszukiwania informacji sprawia, że stajemy się pozornymi erudytami, bo kto ma trochę oleju w głowie, ten bez trudu będzie poruszał się po zasobach historii, kultury, sztuki, nawet techniki - korzystając jednakże nie z własnej wiedzy, a z przetworzonych omówień, internetowych recenzji, z wyrwanych z kontekstu wiki-cytatów itp. Tyleż fascynująca jest przygoda z hiperświatem zasobów kultury, co niebezpieczna. Bo co się stanie z naszą pamięcią? Obawiam się, że ta z radością uda się na wakacje - skoro nie trzeba zapamiętywać, bo łatwo znaleźć, to mózg szybko się rozleniwi. Pamięć zastąpią karty pamięci, internet, cyfrowe aparaty, kamery, dyktafony, cyfrowe notesy, Google, Picassa, Flickr, YouTube bedą naszymi repozytoriami w niedalekiej przyszłości. I kiedy ktoś odetnie prąd, pozostaniemy przerażająco bezradni intelektualnie, odarci z naszej cyfrowej erudycji. A najgorsze jest to, że nie ma już od tego odwrotu, bo skoro można szybciej i łatwiej, to przeciez nikt z dobrodziejstw wyszukiwania nie zrezygnuje... Więcej... |
Czwartek, 22 Lipca, 2010
Life Scars |
|
Disorder
|
Kolejna z wydanych niedawno płyt, o których zbieram się napisać - debiutancki krążek z mocnym brzmieniem z Białej Podlaskiej. Life Scars to trzy dziewczyny + perkusista, skład częściowo pokrywa się z innym projektem punkowym z Białej Podlaskiej - zespołem Czas Złamać Prawo. W obydwu przypadkach o ekspresyjnej sile utworów decyduje kobiecy wokal, mocny, wyrażający uczucia poprzez krzyk. Life Scars równie dobrze wypadają na płycie, co na koncertach, sądzę, że to może być jedno z muzycznych odkryć sceny H/C. Aha i z przyjemnością informuję, że płyta Life Scars jest w ofercie distro Jirafa Roja. Więcej... |
Sobota, 17 Lipca, 2010
J.M.G. Le Clezio - Meksykański sen |
|
Disorder
|
Ukazała się nowa książka laureata nagrody Nobla, J.M.G. Le Clezio, pt. "Meksykański sen". Książka na poły antropologiczna, na poły filozoficzna, mocno osadzona w kulturze i historii Mezoameryki, czyli dzisiejszego Meksyku, z zamierzenia ma pokazywać barbarzyństwo białego człowieka, który zniszczył wielkie cywilizacje, wyplenił ich religie i tradycje, narzucając własną wiarę i własną moralność, a jednocześnie gwałcąc, paląc i rabując. Ma rację Le Clezio, gdy pisze o europejskiej gorączce złota, która była jedną z głównych inspiracji podboju nowego lądu, choć nie tylko przecież, bo kto wie czy nie równie ważna była żądza sławy, a przecież i ciekawość. Szkoda, że efektem tej ciekawości nie było poznanie, Europa straciła niepowtarzalną szansę dowiedzenia się jak rozwinęła się alternatywna cywilizacja, z którą przez wieki nie miała kontaktu. Jak myśleli tamci ludzie, jakie mieli osiągnięcia. Niestety, większość tajemnic Indianie zabrali ze sobą do grobów. Le Clezio ich bynajmniej nie odkrywa. Francuzki pisarz oskarża, ale nie tylko. Również zachwyca się tym, co po prekolumbijskich kulturach pozostało, także w warstwie mistycznej. Myśl indiańskiej Ameryki została – jak pisze Le Clezio – brutalnie przerwana, ale to, co jesteśmy w stanie odtworzyć, napawa inspiracją. Dziś wiemy, że kulturowy przepływ nastąpił w obydwie strony, tyle że Europie niczego siłą nie narzucono, wybierała, co chciała. Nie mamy pewności, czy to co najlepsze? Więcej... |
Niedziela, 11 Lipca, 2010
Brzydki finał |
|
Disorder
|
Tak jak się spodziewałem - finał tych mistrzostw świata był brzydki, chyba nawet brzydszy niż cztery lata temu pomiędzy Włochami a Francją. 11 żółtych kartek plus czerwona. 0:0 przez 118 minut. Festiwal zmarnowanych okazji, w końcu na dwie minuty przed końcem dogrywki bramka Iniesty. Bohaterem tego meczu, jak i całych mistrzostw był hiszpański bramkarz Iker Casillas, dziś bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach, dwukrotnie sam na sam z Arjenem Robbenem. To były bardzo dobre mistrzostwa, grane ofensywnie, z dużą liczbą goli. Moim zdaniem najlepsze mistrzostwa od 1986 roku. Finał był zaprzeczeniem piękna tego Mundialu - zachowawcza i agresywna gra, niesportowe zachowania po obydwu stronach. Nerwy dawały o sobe znać. Obok Ikera Casillasa najlepszym piłkarzem był Diego Forlan z Urugwaju. Właściwie każda z czterech najlepszych drużyn mogła w tym roku zdobyć mistrzostwo, każda z nich grała na najwyższym poziomie. To były wyrównane pojedynki, decydowało szczęście, może lepszy dzień. Wolałbym oglądać finał Niemcy-Urugwaj, bo tamte zespoły grały dużo bardziej widowiskowo. Ale skuteczni byli wszyscy - wystarczy przypomnieć, że Holandia wyeliminowała m.in. Brazylię. Łącznie cztery najlepsze drużyny strzeliły 47 goli, Niemcy: 16, Holandia: 12, Urugwaj: 11, Holandia: tylko 8. Te mistrzostwa przypomniały też, że na tego typu turnieju wiele zależy od szczęścia. Wygrana w fazie grupowej Szwajcarii nad Hiszpanią najlepiej tego dowodzi. Szczęście stanowi o uroku piłki. Szkoda, że tak często na Mundialu zamiast szczęście o wyniku decydowały błędy sędziów. Te błędy zepsuły kilka świetnie zapowiadających się widowisk. I boję się, że FIFA niczego się nie nauczy. Zapowiadają zmiany, ale to będą zmiany pozorne. Symbolem tego jak mało wagi FIFA przywiązuje do sędziowskiego partactwa, jest wystawienie do sędziowania w finale Anglika Howarda Webba, który od dawna wygwizdywany jest przez kibiców. Jak to jest, że kibice przed telewizorami widzą swoje, a sędziowie swoje? Z obawą myślę o Euro 2012 i naszej roli gospodarza. Patrząc na poziom gry europejskich zespołów w RPA widzę, że jesteśmy gdzieś w dalekim ogonie - za Słowacją, za Słowenią, za Szwajcarią, za Serbią. Nie bardzo widzę szansę na nasze wyjście z grupy, gdyż nie mamy obecnie nie tylko trenera, ale też ani jednego piłkarza światowego formatu. A czasu mało. Więcej... |
Niedziela, 11 Lipca, 2010
Nieomylna ośmiornica |
|
Disorder
|
Mecz Niemcy-Urugwaj oglądałem bez emocji, wszak wynik przewidziała ośmiornica Paul, światowy ekspert w dziedzinie futbolu, która zapewne spędza sen z powiek bukmacherom. Mięczak i tym razem się nie pomylił. Rezerwowy skład reprezentacji w czarnych koszulkach, tym razem bez ani jednego Polaka na boisku, wywalczył brązowy medal. Patrzyłem trochę rozczarowany, bo liczyłem, że Klose zdetronizuje Ronaldo, strzeli dwa gole, i pozostanie samotnym liderem w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii Mistrzostw Świata. Klose, jak i Lahm, jak i Podolski, olali jednak mecz o pietruszkę i nie można im się dziwić (choć dla Klosego to raczej był ostatni Mundial w karierze). Urugwaj zagrał kolejny bardzo dobry mecz. Diego Forlan moim zdaniem jest piłkarzem tych mistrzostw - dokładny, pracowity, zachowuje zimną krew i niebywałą kondycję fizyczną. Niemcy wygrali, bo byli najlepszą drużyna tego turnieju. Myślę, że mecz Niemcy-Urugwaj powinien był być finałem tych mistrzostw, obydwie drużyny grały pięknie i ambitnie. Tymczasem dziś będziemy oglądali zapewne nudny finał w wykonaniu drwali z Holandii przeciwko hiszpańskim wirtuozom, którzy zapewne wyjdą na miękkich nogach. Spodziewam się dziś gry zachowawczej, podczas gdy mecz o trzecie miejsce (pięć goli!) był popisem odwagi, ale i finezji. Więcej... |
Piątek, 9 Lipca, 2010
Baraka Face Junta |
|
Disorder
|
Widziałem ten zespół na scenie w Gdyni, kiedy grali przed koncertem Białej Gorączki i od razu bardzo mi się spodobali (podobnie zresztą jak lubiłem Straconego, poprzedni projekt, w którym udzialała się Kasia z Kołobrzegu). Lubię tę pulsującą energię noise, a Baraka przypomina mi dawne nagrania Ewy Braun - surowość, ale w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu, czyli ograniczenie melodii do minimum, na rzecz hałasu i nieuporządkowanych dźwięków budujących nastrój niepokoju. "Uwaga! Słuchać głośno", tak można by reklamować debiutancką płytę zespołu. Jako całości płyty słucha się bardzo dobrze - jest spójna, ale bynajmniej nie monotonna. Do klimatu dobrze wprowadzają trzy pierwsze utwory otwierające krążek - "Kamień", "Sygnet" i "Znów mnie zawiodłeś". Wokalistka, Kaśka, nie ma wprawdzie zbyt wysokiego głosu, ale doskonale sobie radzi i jej wokal świetnie komponuje się z pulsowaniem gitar. Utwory na dwa wokale też są udane, no może poza bardzo monotonną piosenką "Nogi i ręce". Najlepszse na tej płycie są utwory: "Rzeczywistość", "Przyszłam na świat" i znakomicie zamykająca płytę "Miłość". Teksty są trochę nierówne, najczęściej równie oszczędne jak muzyka, mocno antyklerykalne. Można powiedzieć, że im dłuższe teksty, tym słabsze - Baraka Face Junta doskonali potafi wyrazić się w prostej formie, moim zdaniem słowa są jedynie dodatkiem do atmosfery jaką budują wokale i dźwięki. Jedna z lepszych płyt jakie ostatnio słyszałem. Więcej... |
Czwartek, 8 Lipca, 2010
Wrrr... |
|
Disorder
|
Zły jestem z powodu porażki Niemców. Tak zły, że nawet pisać o tym mi się nie chce, zwłaszcza że głowa boli po wczorajszym wieczorze. Pociesza mnie, że niedzielny finał dwóch żądnych pierwszego mistrzowskiego tytułu drużyn będzie interesującym widowiskiem. Kibicować będę Hiszpanii, ale bez entuzjazmu. Ktokolwiek wygra, Europa będzie miała piąty mistrzowski kraj, po Włochach, Niemczech, Anglii i Francji. Meczu o trzecie miejsce mogłoby w ogóle nie być, bo i Niemcy i Urugwaj zasługują na medal. Więcej... |
Wtorek, 6 Lipca, 2010
Skutki uboczne - El Banda |
|
Disorder
|
Ciągle się zbieram do napisania recenzji kilku dobrych płyt i jakoś odkładam to i odkładam, aż płyty warstwą kurzu zaczynają porastać. Zacznę zatem od El Bandy, zwłaszcza, że ta płyta zakurzyć się nie ma prawa. "Skutki uboczne" to będzie zapewne płyta 2010 roku, przynajmniej w gatunku który mnie interesuje. Muzycznie i wokalnie - rewelacja. Ania potrafi krzyczeć, potrafi melorecytować, potrafi szeptać, siła jej głosu jest ogromna - zarówno na płycie, jak i na koncertach. Porównywana jest do Niki z Post Regimentu gdyż ma równie silny głos, a i muzycznie El Banda kojarzyć się musi z Post Regimentem, współzałożycielem El Bandy jest Rolf z Post Regimentu. Muzycznie ta płyta jest bardzo spójna, pomimo ogromnej ilości nagranego materiału. Jest bardziej dojrzała od pierwszej płyty, bardziej przemyslana od płyt Post Regimentu... i tak samo wybuchowa. Choć zdecydowanie mniej przebojowa. Muzyczne skojarzenia to - poza Post Regimentem - przede wszytskim Dirt, ale i (jeśli zapomnimy o wokalu Ani) Conflict: te melodyjne wstawki, momenty wyciszenia i narastania dźwięku, które przypominają początek burzy, zresztą po chwili następuje nawałnica, liczne melorecytacje, krzyk łączony z opadającym natężeniem dźwięków. "Skutki uboczne" nie tylko wybijają się ponad punkową przeciętność, ale je tak naprawdę trudno postawić na jednej półce z typowym punkiem, muzycznie są bowiem niezwykle bogate i zróżnicowane. Wspaniale się tego słucha. Pretensje mam tylko do tekstów z nowej płyty. Zbyt mało zóżnicowane tematycznie, zbyt dosadne, odarte z metafor. Przedstawiają świat przemocy seksualnej, wulganych mężczyzn oraz skrzywdzonych kobiet, zalęknionych, wykorzystywanych dziewczynek. Ten jednobarwnie zły, budzący niechęć świat męczy. Rozumiem potrzebę zwrócewnia uwagi na ukrywane zło, ale na płycie El Bandy jest tego zwyczajnie zbyt wiele. Te teksty raczej niewielu osobom będą się podobały. Męska część publiczności będzie miała duży problem z identyfikowaniem się z tymi tekstami, ale też nie sądzę by te dziewczyny, które wciąż lubią chłopców, kóre nie zostały skrzywdzone, ani wykorzystane, przyjmowały przekaz El Bandy jako swój własny. Kreowanie stereotypu złych mężczyzn niczemu zresztą nie służy, chciałoby się usłyszeć cokolwiek pozytywnego. A jeśli nawet mamy przedstawiać zło i lęk, bo przecież muzyka służy i temu, to wolę gdy jest to wypowiedziane nie językiem publicystyki, lecz sztuki - jak to było na poprzedniej płycie El Bandy w piosenkach: "Przejdzie ci", "Psychoza", "Lumbago" czy "Kokon". Tej literackiej finezji w nowych tekstach El Bandy brakuje. Nie zmienia to faktu, że jest to najlepsza płyta na scenie HC/Punk od czasu... poprzedniej płyty El Bandy. Obecnie ten zespół jest absolutnie numerem jeden. Więcej... |
Niedziela, 4 Lipca, 2010
W mniejszości |
|
Disorder
|
OBOP podała o 20.00, że do wyborów w drugiej turze poszło aż 56,2 proc. uprawnionych. Jestem w mniejszości. I wcale mi z tego powodu nie jest przykro. Od tego, który wygrał wybory oczekujmy spełnienia obietnic, ten który przegrał najlepiej jeśli zajmie się pisaniem pamiętników. Więcej... |
Sobota, 3 Lipca, 2010
Moje typy |
|
Disorder
|
Wyniki ćwierćfinałów Mistrzostw Świata w RPA są dokładnie takie jak typowałem - w medalowej strefie znalazły się Holandia, Urugwaj, Niemcy i Hiszpania. Odpadły m.in. faworyzowane Brazylia i Argentyna, w dodatku Argentyna rozbita przez Niemców 4:0. Diego Maradona może wracać do narkotyków, kolejny raz okazał się być nadętym kretynem, który myśli, że zjadł wszystkie rozumy. Te mistrzostwa stoją na zaskakująco wysokim poziomie. Chyba najlepszym obrazem sportowej zawziętości była postawa przegranych - Ghany i Paragwaju, obydwie drużyny przegrały tylko dlatego, że zabrakło im rutyny i cwaniactwa, no i może też trochę szczęścia, ale grały z Urugwajem (dwukrotny mistrz świata, fakt że w zamierzchłych czasach) i Hiszpanią (aktualny mistrz Europy) jak równy z równym. Niemcy znów trafiają na trudnego przeciwnika - Hiszpanię. Miroslav Klose strzelił na tych mistrzostwach cztery gole, David Villa - pięć. Prawdopodobnie pomiędzy nimi rozstrzygnie się walka o tytuł króla strzelców tego Mundialu. Holandia powinna poradzić sobie ze zmęczonym Urugwajem, który i tak osiągnął już bardzo wiele. Finał Niemcy-Holandia typowałem od samego początku. Holendrzy z meczu na mecz są coraz mocniejsi - także psychicznie, z pewnością podbudowani sensacyjną wygraną z Brazylią. Piłkarskie odkrycia tych mistrzostw to jak dla mnie Luis Suarez z Urugwaju i Mesut Oezil z reprezentacji Niemiec. Dream Team tych mistrzostw jak dla mnie to: Iker Casillas (Hiszpania) - Philipp Lahm (Niemcy), Gabriel Heinze (Argentyna), Ricardo Carvalho (Portugalia) - Mesut Oezil (Niemcy), Bastian Schweinsteiger (Niemcy), Andres Iniesta (Hiszpania), Wesley Sneijder (Holandia) - Diego Forlan (Urugwaj), Luis Suarez (Urugwaj) i David Villa (Hiszpania). Więcej... |
Niedziela, 27 Czerwca, 2010
Przedwczesny finał |
|
Disorder
|
Niezależnie od błędów jakie popełnili sędziowie w meczach Niemiec i Anglii oraz Argentyny i Meksyku, nie ma wątpliwości, że zwycięstwa faworytów były w pełni zasłużone. Niefortunny terminarz tych mistrzostw sprawia, że już w nastepnej rundzie zagrają przeciwko sobie dwie najlepsze drużyny tych mistrzostw - Niemcy kontra Argentyna. Solidna szkoła europejska i południowoamerykańska brawura. Stawiam w tym pojedynku na Europę, ale będzie to z pewnością bardzo wyrównany mecz. Powinien to być finał tych mistrzostw, tymczasem jedna z drużyn wróci do domu bez żadnego medalu, co dowodzi, że medale niekoniecznie zdobywają najlepsi. Błędy sędziów irytują, ale co cztery lata słyszę, że FIFA musi coś zmienić, a oni nigdy nic nie zmieniają, choć technika dziś pozwala wyeliminować pewnie 99% błędów. Niezrozumiały konserwatyzm, zwłaszcza, że światowy futbol to przecież gigantyczne pieniądze, a zdawanie się wyłacznie na głos sędziego sprawia, że tak wiele w piłce afer korupcyjnych. Bardzo podoba mi się gra Urugwaju, który w następnej rundzie zapewne rozniesie Ghanę i myślę, że to Urugwaj a nie Argentyna walczyć będzie na tych mistrzostwach o medal dla Ameryki Południowej. A jutro przekonamy się, co tak naprawdę warta jest Brazylia. Chile nie jest najbardziej wymagającym przeciwnikiem, ale mam nadzieję, że łatwo skóry nie sprzedadzą. No i gorąco jutro będę kibicował Słowakom. Więcej... |
Piątek, 25 Czerwca, 2010
¡Viva España! |
|
Disorder
|
Po bardzo ostrym początku, dwóch szybkich bramkach Hiszpanii, czerwonej kartce dla Chilijczyka Estrady, końcówka tego meczu wyglądała jak przyjacielska wymiana piłek pomiędzy dwoma hiszpańskojęzycznymi narodami, które awansują do 1/8 finałów Mistrzostw w RPA. Dobrze, że odpadła Szwajcaria - moim zdaniem obok Grecji i Włoch najnudniejszy zespół. Cieszy awans Hiszpanii (wspaniała pierwsza bramka Villi), cieszy że tak dużo zespołów awansowało z Ameryki Południowej i Środkowej: Meksyk, Urugwaj, Paragwaj, Chile, oczywiście także faworyci, czyli Brazylia (jakże nudny dziś mecz z Portugalią) i Argentyna. Ciekawe, że w drugiej rundzie Europa jest w mniejszości. W 1/8 finałów będę kibicował: Urugwajowi, Ghanie, Niemcom, Meksykowi (choć pewnie wygra Argentyna), Słowacji (wygra pewnie Holandia), Chile (a wygra zapewne Brazylia, tfu tfu, oby nie!), Paragwajowi i Hiszpanii. Wygląda na to, że także w 1/4 finałów Europa będzie w mniejszości. Więcej... |
Czwartek, 24 Czerwca, 2010
Słowacja!!!!! |
|
Disorder
|
Ze szczęścia omal nie spowodowałem na skrzyżowaniu wypadku - słuchając meczu Słowacja-Włochy w radio. Słowacja strzeliła Włochom trzy gole, nieprawpodopodobna radość, choć emocje do 94 minuty. Włosi poza Mundialem już po pierwszej rundzie, wreszcie antyfutbol został ukarany! No i nasi bracia Słowacy, którzy pierwszy raz grają na Mistrzostwach Świata awansowali do 1/8 finałów. Cieszę się tak samo jaby to był nasz, polski awans (choć to Słowacy pozbawili Polskę szans na Mundial). W RPA nie ma już ani mistrza, ani wicemistrza świata z 2006 roku, a sukcesy takich drużyn jak Słowacja czy Meksyk pokazują, że nie ma już w piłce "pewniaków". Czekam teraz na odpadnięcie Aregentyny i Brazylii. Więcej... |
Środa, 23 Czerwca, 2010
Długa droga do finału |
|
Disorder
|
| Nie wiem czy Niemcy mądrze zrobili, że w końcówce meczu nie pozwolili Ghanie wyrównać, wówczas zajęliby drugie miejsce w grupie D i mieli łatwiejszą drogę do finału. A tak to trafiają w 1/8 na Anglię, a zapewne w 1/4 na Argentynę i być może w 1/2 na Hiszpanię, będą mieli zatem najtrudniejszą drogę do finału jaką można sobie wyobrazić (bo ja wciąż wierzę, że Niemcy zostaną mistrzami świata). Bramka Amerykanów w 91 minucie meczu z Algierią zirytowała mnie dziś, pozbawiła bowiem awansu Słowenię, której bardzo kibicowałem i zdegradowała Anglię na drugie miejsce w grupie. Amerykanie grają bez finezji i to pierwsze miejsce zajęli psim swędem, zupełnie niezasłużenie. Żal mi także Serbii. Jutro będę gorąco kibicował Słowacji w meczu z Włochami, a pojutrze Portugalii w meczu z Brazylią. Więcej... |
Poniedziałek, 21 Czerwca, 2010
Kruchość życia |
|
Disorder
|
Zadzwonił do mnie Piotr Stróżyński, autor dwóch powieści: - Felicja Pawlicka zginęła w wypadku! W pierwszej chwili nie uwierzyłem, zerknąłem na jej wpisy na Facebooku, były sprzed kilkunastu godzin - pełne życia, pełne dobrych chęci. Felicja była niesłychanie życzliwym człowiekiem, ofiarna, pomocna, gotowa poświęcić własne sprawy dla innych. Pewnie gdyby nie jej upór, Piotr nigdy by nie skończył swojej nowej powieści "Nienawidzę was!", była jego dobrym duchem. Poznaliśmy ją na naszym pierwszym spotkaniu autorskim w Jarocinie, przyszła z córką, Laurę, która teraz ma 17 lat. Potem jej życzliwe uwagi towarzyszyły nam stale, miała ogromną potrzebę dzielenia się swoimi wrażeniami, była wnikliwym obserwatorem. Jeszcze tak niedawno, na początku czerwca bawiliśmy się wszyscy razem w Jarocinie. Felicja, która uwielbiała fotografię, robiła nam zdjęcia podczas spotkania autorskiego w JOKu, doskonałe zdjęcia biorąc pod uwagę jak niewiele światła mogła wykorzystać w zamkniętej ciemnej sali, bez lampy błyskowej. Jako fotograf potrafiła uchwycić chwilę i jej atmosferę. Była bardzo wrażliwa, mówiła szybko, z emocjami, tak też pisała, tak fotografowała. Póbowała animować zycie kulturalne w Jarocinie, była pełna energii, przygotowywała kolejne wystawy. Wiele rozmawialiśmy o książkach, o propagowaniu czytelnictwa. Miała społeczne zacięcie. Ale przede wszystkim niezwykłą dobroć. Nadal trudno mi w to uwierzyć, że Felicja Pawlicka nie żyje. Była w moim wieku. Była pełna planów, które zostały tak brutalnie przerwane. Jakże życie jest kruche. Jaki los jest niesprawiedliwy. Więcej... |
Niedziela, 20 Czerwca, 2010
Nie wybierałem |
|
Disorder
|
"To powinny być ostatnie wybory mniejszego zła: między kimś bez charakteru i kimś z jego nadmiarem. Możemy i musimy stworzyć sieć ludzi wolnych i zmusić państwo, aby nam służyło" - pisał w maju tego roku w bardzo mądrym eseju pt. "Nas jest więcej" Czesław Bielecki. Otóż ja nie mam potrzeby wybierania między kimś bez charakteru i kimś z jego nadmiarem, dlatego zostałem w domu. Nie wybierałem zresztą w poprzednich wyborach, w jeszcze poprzednich itd. Nie wybieram bo nie wierzę politykom. - To pan nie chce nic zmienić? - spytała mnie ostatnio poirytowana Beata Stasińska z wydawnictwa W.A.B., kiedy jej powiedziałem, że nie głosuję - z zasady, bo mój głos to nieufność wobec polityki. Nie głosuję, żeby się nie wstydzić. Czy to znaczy, że nie chcę nic zmienić? Nie, to wcale tak nie znaczy. Zwyczajnie, nie wierzę, że ktoś bez charakteru lub ktoś z jego nadmiarem może cokolwiek zmienić. Dlatego staram się zmieniać rzeczy tam, gdzie mogę - wokół siebie, w swojej firmie, w środowisku, które jest mi bliskie, ale nie w państwie, które mnie irytuje biurokracją i ignorancją wobec obywateli. "Nie osiągnęliśmy wolności od tyranii administracji, wolności od bezkarnych mafii urzędniczych, bez których zgody osiągnięcie wspólnych celów jest mrzonką" - pięknie pisał Bielecki. Czy taki lub inny prezydent, premier, poseł, sprawi, że moja osiemdziesięcioletnia babcia, która przez dziesięciolecia płaciła składki ubezpieczeniowe, będzie mogła dostać się do lekarza? Że nie usłyszy, iż najbliższy wolny termin jest za pół roku, kiedy być może już nie będzie żyła? Że zostanie obsłużona uprzejmie? Że ktokolwiek z nas zostanie uprzejmie obsłużony przez urzędnika, a lekarz - o ironio! - obstawiony jest w tym kraju przez urzędników, o ile pracuje w publicznej służbie zdrowia. Przez urzędników obstawiony jest sąd, zaś urzędy pracy to upokarzająca bezrobotnych biurokracja, która tylko wzmaga społeczną bezsilność, brak wiary. To samo dzieje się w szkolnictwie, to samo w służbach mundurowych. Powszechne lekceważenie obywatela. I tak dalej, pierdolę wybory, polityków i urzędników. Mój wybór to starać się być niezależnym, czyli zarabiać tyle, żeby nie musieć mieć do czynienia ze sferą publiczną, na którą płacę podatki. Mój wybór to unikać sytuacji, w kórych mógłbym mieć do czynienia z biurokracją sądownictwa, arogancją policji i służb miejskich. Nie głosuję na polityków bo nawet w przypadku administracji osiedla mam całkowite poczucie bezradności. Żyjemy w kraju arogantów i cwaniaków. Kiedy zmieni się mentalność urzędników, wówczas może zainteresuję się moim prawem wyborczym. A wbrew temu, co pieknie myśli Czesław Bielecki - nas wcale nie jest więcej, jesteśmy w defensywie - my obywatele, przytłoczeni przez aparat biurokracji państwa. Więcej... |
Piątek, 18 Czerwca, 2010
Zmarł Jose Saramago |
|
Disorder
|
W wieku 87 lat zmarł Jose Saramago, autor takich powieści jak "Miasto ślepców" czy "Baltazar i Blimunda". Portugalski noblista zmarł w swoim domu na Lanzarote - wyspie wchodzącej w skład archipelagu Wysp Kanaryjskich. Saramago, który otrzymał nagrodę Nobla w 1998 roku, ostatnie tygodnie spędził w szpitalu. Hiszpańskie media podają, że miał problemy z oddychaniem. Był wspaniałym pisarzem, finezyjnym stylistą, lubił eksperymentować z językiem, długość zdań, tempo narracji, monologi wewnętrzne w większym stopniu niż fabuła budowały klimat jego powieści, dzięki czemu postacie były bardziej rzeczywiste, opisy plastyczne, przeżycia, emocje autentyczne. Pisał o chciwości, o władzy i jej nadużyciach, krytycznie patrzył na demokrację, za to z wielką wiarą na ludzką solidarność. Jego powieści pełne są cierpienia, smutku, ale i wiary w potęgę empatii. Był zdeklarowanym socjalistą, z niechęcią wypowiadał się na temat historii kościoła katolickiego, co stawiało go w rodzimej Portugalii na pozycji outsidera. Od dawna mieszkał zresztą poza swoim krajem i rzadko w nim bywał. Miałem okazję poznać Jose Saramago, rozmawiałem z nim podczas Frankfurckich Targów Książki w 1998 roku, na dzień przed tym jak dostał nagrodę Nobla. Siedział wówczas sam, znudzony, na stoisku swojego hiszpańskiego wydawcy. Też nie miałem nic do roboty, usiałem, wyjąłem dyktafon - zadawałem pytania po angielsku, on odpowiadał po portugalsku, a między nami siedział hiszpański tłumacz. Kiepska to była komunikacja. Sprawiał wówczas wrażenie łagodnego mentora, który patrzy na świat z życzliwym dystansem. Następnego dnia miał we Frankfurcie wykład na temat żywotności idei socjalistycznej i o tym m.in. rozmawialiśmy. Także o Noblu i o wielkim portugalskim poecie - Fernando Pessoi. Następnego dnia, kiedy dostał Nobla, ja miałem gotowy wywiad, który depeszowałem do "Rzeczpospolitej", w której wówczas pracowałem. Poszedłem potem na jego konferencję prasową. Oblegany przez mikrofony i fotoreporterów pomachał do mnie z uśmiechem - oto skończył się czas, w którym mógł siedzieć znudzony, przez nikogo nie indagowany poza dziennikarzem z Polski. Każda jego powieść była wydarzeniem, każda napisana z wielką dbałością o strukturę narracji. Najwybitniejszą pozostanie jednak nieszczęśliwa historia kochanków - Baltazara i Blimundy. Jego polskim wydawcą był Rebis, który opublikował przekłady wszystkich jego najważniejszych książek, za wyjątkiem bluźnierczej "Ewangelii według Jezusa Chrystusa". Tomasz Szponder, prezes Rebisu, wielokrotnie mówił, że nie wyda tej książki ze względu na uczucia czytelników. Szkoda, gdyż wydaje się, że czytelnik w Polsce jest dość dojrzały by rozpoznać prowokację i docenić wielką literaturę. Więcej... |
Czwartek, 17 Czerwca, 2010
¡Viva México! |
|
Disorder
|
Cóż, od lat kibicuję Meksykowi na mistrzostwach, ale na tych samych zasadach, na jakich pierwszy raz w tym roku kibicuję debiutującym Słowakom - z życzliwością i bez wiary w sukces. W 2006 roku wybrałem się nawet do Norymbergii na grupowy mecz Mistrzostw Świata Meksyk - Iran (fotki z fiesty meksykańskiej na ulicach Norymbergii po meczu załączam - tak, tak, miało się wówczas jeszcze bujną czuprynę...). Wygrywając dziś 2:0 z Francją Meksyk nie tylko wykazał zimną krew, ale i wysoką formę. Mecz był wyrównany, być może gdyby w jedenastce Francji grał Tierry Henry, mecz potoczyłby się inaczej, ale trener trójkolorowych Raymond Domenech nie widzi miejsca w podstawowym składzie dla swojego najbardziej bramkostrzelnego napastnika. Zapewne za tydzień nie będzie już trenerem i nikt po nim płakał nie będzie. Meksyk zagrał wspaniale, kibicowałem im, ale żal mi Francuzów, których także lubię. Wyniki innych dzisiejszych meczów mniej mnie cieszą. Argentyna pod wodzą spasionego Maradony złapała wiatr w żagle, a po cichu liczyłem, że Korea Południowa ugra remis, tymczasem poległa z kretesem. Zaskoczyła mnie wygrana Grecji z Nigerią, ale wiemy, że Grecy są kompletnie nieobliczalni. A pierwszy afrykański Mundial nie jest łaskawy dla Afryki, jest bardzo prawdopodobne, że do 1/8 finałów nie wejdzie ani jeden kraj z Czarnego Kontynentu. Dotąd najlepiej zaprezentowało się Wybrzeże Kości Słoniowej, ale oni są w bardzo trudnej grupie i raczej nie awansują. Teoretycznie szanse ma Ghana po wygranej z Serbią, nawet jeśli jednak awansuje to pewnie trafi w 1/8 na Anglię i na tym przygoda Afryki z piłką się skończy. Nie będzie mi bardzo żal z tego powodu. Więcej... |
Wtorek, 15 Czerwca, 2010
Pech Słowaków |
|
Disorder
|
Słowacja w swoim debiucie na Mistrzostwach Świata zromisowała z Nową Zelandią, dając sobie wbić gola w 93 minucie. Gdyby sędzia wcześniej odgwizdał koniec, mieliby cień szans na wyjście z bardzo trudnej grupy. Ale też trzeba przyznać, że remis 1:1 był sprawiedliwy, bo od 50 minuty Słowacy już tylko pilnowali wyniku, co się na nich zemściło. Nie mniej nadal Słowacji kibicuję, mam nadzieję, że zrobią niespodziankę i wyeliminują Włochów i wyjdą z grupy F razem z rewelacyjnie grającym wczoraj Paragwajem. Zaraz siadam oglądać mecz Brazylii z Koreą komunistyczną. Bynajmniej nie po to, żeby kibicować Brazylijczykom! Więcej... |
Poniedziałek, 14 Czerwca, 2010
Do szczęścia niewiele zabrakło |
|
Disorder
|
Moim małym szczęściem była by przegrana bufonów, znaczy się Makaroniarzy, mistrzów symulacji i teatralnych gestów, którzy swoim kabotyństwem psują przyjemność oglądania każdego Mundialu. Paragwaj zagrał świetnie, niewiele zabrakło, ale i tak utarli bufonom nosa remisując 1:1. Więcej... |
Poniedziałek, 14 Czerwca, 2010
Po Bieszczadzkim Lecie z Książką |
|
Disorder
|
W dniach 11-13 czerwca gościłem w Lesku i Sanoku, gdzie odbyło się jubileuszowe 5. Bieszczadzkie Lato z Książką. Miasta te gościły w tym roku czternastu pisarzy i dwunastu wydawców, spotkaniom autorskim towarzyszyły kiermasze książek w obydwu miastach. Potworny upał, a także brak literackich gwiazd, sprawiły że publiczności było mniej niż w poprzednim roku, bez wątpienia jednak dla obydwu bieszczadzkich miast jest to wielkie kulturalne święto, bardzo dobrze nagłośnione przez lokalne media i odbywające się z błogosławieństwem (a także wsparciem finansowym) władz powiatowych w Lesku i Sanoku. Imprezę dofinansowują także Instytut Książki, Polska Izba Książki i wydawnictwo Bosz, którego szef – Bogdan Szymanik – jest nie tylko pomysłodawcą, ale i głównym motorem imprezy. O ile kiermasz na rozgrzanym słońcem rynku miasta cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem, to spotkania autorskie były burzliwe, nie brakowało ani publiczności, ani ciekawych pytań. W tym roku zaproszonymi autorami poza mną byli: Grzegorz Miecugow, Artur Andrus, Mieczysław Tomaszewski, Wiesław Ochman, Olgierd Budrewicz, Barbara Kosmowska, Edward Lutczyn, Bartłomiej Rychter, Mariusz Czubaj, Ryszard Ćwirlej, Krystyna Nepomucka, Zofia Turowska i Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Spotkania autorskie prowadzili: Ewa Bal-Baranowska, Tadeusz Górny, Jerzy Kisielewski i Krzysztof Masłoń. Dodam, że organizator fundował nam noclegi na zamku w Lesku, posiłki, wieczorne biesiady a nawet przelot samolotem do Rzeszowa i transport własnym busem do Leska. Wydawcy zaś dostali bezpłatnie stoiska, gdzie prezentowali swoje książki. Z wydawców w imprezie wzięli udział: Akapit Press, Bellona, Bosz, Debit, Marginesy, Prószyński i S-ka, Publicat, Rebis, W.A.B., Zielona Sowa, Znak, Zysk i S-ka. Miałemn trzy spotkania - 11 i 13 czerwca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sanoku oraz 12 czerwca w Lesku. Na każdym było dużo osób. Prowadził je Krzysztof Masłoń, z którym przyjaźnię się od ponad 15 lat, w obydwu uczestniczyła obok mnie Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która od razu zyskuje sympatię czytelników dzięki ciepłym, pełnym życzliwości dla świata opowieściom. Można tylko żałować, że nie ma w Polsce więcej takich imprez regionalnych, chciałoby się mieć całe lato z książką – w górach, na Mazurach i nad morzem. Więcej... |
Niedziela, 13 Czerwca, 2010
Kibicuję Niemcom |
|
Disorder
|
Niemcy nigdy nie mają dobrej prasy wśród dziennikarzy sportowych i regularnie zaskakują wysoką formą. ym razem także mówiło się, że są słabi, na domiar złego w ostatniej chwili okazało się, że nie może jechać czołowy rozgrywający, kapitan i mózg drużyny, kontuzjowany Michael Ballack, tymczasem okazało się, że i bez Ballacka radzą sobie znakomicie. Khedira, Schweinsteiger, Oezil w drugiej linii byli wczoraj znakomici w meczu z Kangurami wygranym 4:0. Tak krytykowani przed Mistrzostwami Świata Podolski i Kolse po raz kolejny pokazali najwyższą klasę - skuteczność, zrozumienie z partnerami, zespołowe myślenie. Sprawdził się jako trzeci napastnik Muller, strzelił zresztą trzeciego gola. Philipp Lahm jako cofnięty rozgrywający całkowicie kontrolował sytuację na bosiku. O obrońcach trudno cokolwiek powiedzieć, ci bowiem - podobnie jak bramkarz Neuer - nie mieli wiele do roboty. Kangury poległy rozbite przez sprawną niemiecką maszynę. Pewną konsternację wzbudza jedynie zestaw nazwisk grających w barwach Niemiec na boisku. Bramki strzelają pochodzący z Polski Klose i Podolski, ale też inni zawodnicy nie urodzili sie w Niemczech: Khedira, Oezil, Gomez, Cacau, Marin... Mozna powiedzieć, że zebrali to, co najlepsze, ale można także powiedzieć, brakuje im własnych talentów. Kibicom niemieckim to jednak nie przeszkadza, jest w tym pewien symbol naszych kosmopolitycznych czasów. Będę dalej kibicował Niemcom. Myślę, że oni lub Hiszpania powinni w tym roku sięgnąć po Puchar Świata. Kibicuje też na tych mistrzostwach: Słowenii, Słowacji, Serbii, Portugalii i Meksykowi, choć w tym gronie medalisty nie widzę. Mam też nadzieję, że Włosi odpadną w pierwszej rundzie, a w następnej polegną Brazylia i Argentyna. Więcej... |
Niedziela, 6 Czerwca, 2010
Kapuściński non-fiction |
|
Disorder
|
| Dopiero teraz miałem czas przeczytać książkę, o której głośno od kilku miesięcy i która stała się bestsellerem zanim trafiła do księgarń. Ukazała się w atmosferze skandalu podsyconego niewątpliwie przez panią Alicję Kapuścińską, wdowę po zmarłym reporterze. Protesty podsycały ciekawość, czytelnicy oczekiwali rewelacji dotyczących prywatnego życia Kapuścińskiego, publicyści – informacji o jego pracy wywiadowczej czy koneksjach z ludźmi władzy PRL. Oczekiwań tych biograf, Artur Domosławski, nie zaspokaja całkowicie, bo i nie demaskacja była jego celem lecz możliwie pełny psychologiczny portret swojego mentora i przyjaciela. Więcej... |
Sobota, 29 Maja, 2010
Wszechobecne zło |
|
Disorder
|
27 maja byłem gościem Biblioteki Śląskiej w Katowicach, gdzie rekomendowałem powieść "Głowa Minotaura" Marka Krajewskiego do nagrody "Śląski Wawrzyn Literacki". Zebrana publiczność była wyjątkowo wymagająca, świetnie zapoznana w literaturze, pytania były tak szczegółowe, że nie łatwo było sobie poradzić (wrzucę za jakiś czas materiał wideo ze spotkania na YouTube to się sami przekonacie). Rzadko spotyka się tak znakomicie przygotowaną do dyskusji publiczność, ale to pozwala na burzliwą wymianę zdań - spotkanie trwało aż dwie godziny. Poniżej zamieszczam tekst mojej laudacji na temat twórczości Krajewskiego, która stanowić miała uzasadnienie nagrody. Twórczość Marka Krajewskiego jest tak mroczna, tak nasączona przemocą i złem, że trudno z czystym sumieniem rekomendować ją, nie ostrzegając czytelnika przed niebezpieczną wyprawą do świata, który może pozostawić ślad na psychice. Więcej... |
Wtorek, 25 Maja, 2010
Podróże z książką i na mapie |
|
Disorder
|
Co roku, od niepamiętam ilu już lat, ogłaszam w maju raport o książce turystycznej. Omówienie wyników badań ogłaszane jest tradycyjnie pierwszego dnia Międzynarodowych Targów Książki, tak też było w tym roku, a spotkanie uświetniły m.in. dwie znakomite podróżniczki-autorki: Beata Pawlikowska i Elżbieta Dzikowska. Raport nie jest zbyt optymistyczny - 2009 rok był kryzysowy dla książki turystycznej, szczególnie zła jest sytuacja kartografii, miejsce mapy i atlasu samochodowego zajmuję nawigatory GPS oraz Google Maps. Na rynku przewodnikowym zaczyna się dziać jednak coraz lepiej, czego dowodem kilka zupełnie nowych serii wprowadzonych już wiosną tego roku. Tegoroczny raport był wyjątkowo szeroko komentowany w rozmaitych mediach, co dla mnie jako autora jest miłe, gdyż każdy lubi gdy docenia sie jego pracę. Cały raport możecie sobie przeczytać na stronie www.najlepsze-przewodniki.pl, są tam także raporty wcześniejsze, informacje o nagrodach Magellana i recenzje przewodników, z którymi warto się zapoznać przed wyruszeniem w podróż. Więcej... |
Niedziela, 23 Maja, 2010
Wisła |
|
Disorder
|
Odwołano w tym roku święto Wisły, słusznie zauważając, że trudno świętować, kiedy w różnych częściach kraju rzeka odbiera ludziom dorobek ich życia. Obserwuję wzburzoną Wisłę po obydwu warszawskich brzegach od kilku dni, zwykle płynie leniwie, teraz pędzi niczym górski potok i ławto uwierzyć, że może nieść zniszczenie (przerwała zresztą wał w okolicy Portu Praskiego i utworzyła małe jeziorko, częściowo zalała budowane Centrum Naukowe Kopernik, zniszczyła fragment ścieżki rowerowej - ale stolica i tak wyszła obronną ręką). Jest szeroka niczym Dunaj a kolor ma kawy z mlekiem jak Amazonka, tyle że z innych powodów :) Na wszystkie warszawskie mosty, które niemal zakryła woda, wylegają tłumy mieszkańców, każdy chce zobaczyć niecodzienny żywioł. Żywioł, który budzi przerażenie, bo przecież nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której padający przez kilka tygodni deszcz zatapia cały kraj i na nic wówczas samochody, samoloty, konta w bankach, wycieczki last minute do ciepłych krajów, w których deszcz nie pada... Samochód nie przejedzie, samolot nie wystartuje, uratują się pewnie elity, a reszta... brr. Na codzień lubię Wisłę, często latem siadam przy Moście Gdańskim lub tym najładniejszym - Świętokrzyskim, odganiając komary siedzę do późna wpatrując się w nurt. Rok temu nad Wisłą organizowaliśmy nasz Festiwal Win Prostych - dziś teren ten całkowicie jest pod wodą, widać tylko górne partie drzew. Dwa dni temu pod Mostem Siekierkowskim miał odbyć się punk piknik - trzeba było go przenieść na suche miejsce, bo piknikowisko zalała woda... Więcej... |
Piątek, 21 Maja, 2010
Prasa nie lubi czytających |
|
Disorder
|
Trwają właśnie kolejne, trzecie już w tym miesiącu w Warszawie, targi książki, a za tydzień będzie na dokładkę kiermasz książek na Mariensztacie... Targi odwiedza po ok. 30 tys. ludzi. Pomijając bardzo udaną Noc muzeów, nie ma w maju większych imprez kulturalnych w stolicy. Tymczasem prasa, także lokalna, zdaje się mieć targi książki i czytelników książek głęboko w dupie. Wczoraj z osłupieniem przeglądałem "Rzeczpospolitą", w której pracowałem 10 lat, która na międzynarodowe targi książki drukowała specjalne dodatki, albo zapełniała nimi codziennie całe kolumny i nie znalazłem w niej ani jednego słowa, że zaczęły się właśnie targi. Poprzednie również potraktowano pogardliwie choć zgromadziły śmietankę polskich wydawców i wspomniane 30 tysięcy Warszawiaków. W "Życiu Warszawy" wczoraj ani słowa. Zadzwoniłem zdziwiony do kierownika działu kultury w "Rzepie", który przez lata był moim bezpośrednim szefem i jest facetem mądrym, spytać, czy może zapomnieli, że są targi. Odpowiedział mi, że są ważniejsze tematy. Nie wypadało mi wdawać się w dyskusję z byłym przełożonym, nie mniej następnego dnia (dziś) już jest informacja o targach. Również z jednodniowym opóźnieniem o imprezie dowiedzieli się najwyraźniej dziennikarze m.in.: "Metra", "Super Expressu", dziennika "Polska"... To żenująco świadczy o polskiej prasie, a szczególnie jej stołecznych działach. Pisze się o jakichś wystawach, które odwiedza pies z kulawą nogą i to niechętnie, o koncertach, które mogą zgromadzić 30 osób, a impreza, która przyciąga 30 tysięcy czytających, w środku miasta, w Pałacu Kultury jakby nie było, kulturalne działy gazet pozostawia głuchymi i ślepymi. Wstyd mi za kolegów dziennikarzy. Jednocześnie radio i telewizja (sic!) znakomicie informują o najważniejszych imprezach czytelniczych w mieście. Zwłaszcza radio i to niezależnie od tego czy publiczne czy komercyjne. To jakiś paradoks, że dziennikarze radiowi, którzy na codzień operują słowem mówionym nie pisanym, pozostali ostatnim bastionem dla książki. Reszta żurnalistów kulturalnych wybiera premiery filmowe i śledzenie losów celebrytów. Więcej... |
Czwartek, 13 Maja, 2010
Ostatnie opowiadania Updike'a |
|
Disorder
|
| „Łzy mojego ojca” - zbiór ostatnich opowiadań zmarłego w styczniu ubiegłego roku Johna Updike’a rozczarowuje. Brakuje w nich tego cynicznego dystansu cechującego prozę autora „Miasteczek” i powolnego budowania napięcia – bo napięcia nie ma w ogóle. Są obrazki, najczęściej typowe dla wieku późnego, jakieś spotkania po latach, z których nic nie wynika, wspominane dawne romanse, rozczarowania lub nadzieje. Czuć w tych opowiadaniach zmęczenie, czasem nostalgię, częściej jednak mało konstruktywne przeświadczenie, że świat się kończy. Te opowiadania męczą, zbyt wiele w nich depresji, postaci są pozbawione nie tylko rzeczywistych pragnień, ale nawet fizyczności, jakby były cieniami w historii pełnej śmierci. Zdumiewa opowiadanie „Różne odmiany doświadczenia religijnego” poświęcone wydarzeniom z 11 września 2001 roku, opowiadanie rejestrujące strach i nic ponad to, a przecież Updike jak chyba żaden inny amerykański pisarz potrafił przedstawić oblicze tragedii, także samego zamachowcy, w znakomitej powieści „Terrorysta” z 2006 roku. Tom nie tworzy przemyślanej całości, poza smutną aurą niewiele łączy te teksty, które poza wyjątkami (tytułowe „Łzy mojego ojca”, „Wolność”) są zwyczajnie nudne. Wydawca na okładce pisze „Updike, wciąż przenikliwy i wrażliwy obserwator amerykańskiej codzienności”… Wrażliwy z pewnością, tyle że tej codzienności niewiele w tych opowiadaniach, raczej są wyblakłe fotografie z szuflady i stare wycinki gazet Więcej... |
Piątek, 7 Maja, 2010
Nerowy maj |
|
Disorder
|
Tym razem komentarz bardziej adresowany do wydawców i osób z branży książkowej niż do Czytelników moich powieści, ale postanowiłem podzielić się i tego rodzaju refleksjami. Złym zrządzeniem losu mamy w maju aż trzy duże książkowe imprezy targowe – tydzień po tygodniu. Pomijając koszty, wysiłek logistyczny dla tych, którzy będą wystawiać się na każdej z nich, jest ogromny. A publiczność siłą rzeczy rozproszy się. Media pewnie także. Więcej... |
Piątek, 7 Maja, 2010
Kartka z podróży (7) Słowacja |
|
Disorder
|
To już ostatnia kartka z tej podróży. Słowacja, która odkąd wprowadzono tu euro coraz mniej nam się podoba. Nie tylko dlatego, że drożej, ale też jakieś dziwne obyczaje wprowadzają, np. "hernie" przestały być czynne 24 h, albo zaprzestano sprzedaży w nich wysokoprocentowych alkoholi. Pojechaliśmy do Trenčína. Piękne miasteczko z górującym nad nim zamkiem (zwiedzanie zajmuje prawie półtorej godziny, to trzeci pod względem wielkości - po spisskim i bratysławskim - słowacki zamek), nie ma problemów z noclegami, bez trudu można znaleźć coś za 10-15 euro. Przyjechaliśmy tu jednak nie zwiedzać, bo Trenčín dobrze znamy, ale na koncert z okazji dwudziestolecia zespołu Konflikt. To taki słowacki miks jabolpunka z anarchopunkiem, coś jakby pożenić KSU z Białą Gorączką, jeśli możecie sobie to wyobrazić (jak założę własny profil na YouTube to wrzucę może nagrania wideo z tego koncertu). Jest sporo słowackich zespołów, które lubię bardziej, ale alternatywą był koncert noise w węgierskim Gyor, a więc wybraliśmy Konflikt. I dobrze, bo koncert był bardzo udany, zwłaszcza że przed gwiazdą wieczoru wystąpili bardzo sprawni goście z Czech - grupa Socjalni Terror (jeszcze wcześniej grały jakieś cioty rockabilly). Koncert odbywał się w zaskłotowanym kinie Hviezda, obecnie klub Lúč. Następnego dnia pojechaliśmy na rekonwalescencję do termalnych źródeł pod Liptovskim Mikulaszem, pluskając się beztrosko przez trzy godziny w wodzie o temperaturze 38 stopni. Potem ostatni fernet, ostatnia zelenka, ostatni kufelek... I długa droga do domu, w korkach, objazdach itp. Więcej... |
Wtorek, 4 Maja, 2010
Kartka z podróży (6) Serbia, Węgry |
|
Disorder
|
Przez Serbię przemknęliśmy niczym przez kraj tranzytowy, choć na to nie zasługuje. Jechałem jednak tą drogą już kilka razy i nie bardzo miałem pomysły, co jeszcze można zobaczyć. Zwłaszcza, że prowincjonalne serbskie miasta przygnębiają betonową zabudową szarych osiedli, dziurami w asfalcie, zniszczonymi elewacjami, wciąż widocznymi śladami po pociskach; podobnie zresztą jak w Bośni. Drażnią mnie też wszechobecni wygoleni napakowani mężczyźni w dresach, pod tym względem serbska prowincja przypomina wschodnią Ukrainę. Cwaniactwo i brak gustu. Zatrzymaliśmy się w Użicach, ale nie wdrapywaliśmy się o ruin zamku, potem próbowaliśmy znaleźć nocleg w obrzydliwym Cacaku, ale hotel przy brudnym dworcu zamknięto, a kwater prywatnych nie było. Ostatecznie spaliśmy w motelu przy drodze w Gornjim Milanovacu. Jest też w Serbii miejscowość Dolnji Milanovac, bardzo ładnie położona nad Dunajem (rok tem,u zapłaciłem w niej horrendalny mandat za złe zaparkowanie samochodu), ten górny Milanovac nie ma jednak ani odrobiny uroku. Trochę szkoda, że tylko jedną noc spędziliśmy w Serbii, w której mają jedne z najlepszych na Bałkanach miodowych rakij i znakomity likier ziołowy - Gorki List, ale też z radością przekroczyłem granicę z Węgrami. Wielokrotnie pisąłem, że mam ogromny sentyment do Wegier, do tego dziwnego języka, do owocowych palinek i ziołowego unicum, do gulaszy, papryki, do wina Tokaj... Zatrzymaliśmy się w Kecskemet, mieście, z którego pochodzi znana destylernia rodziny Zwack, producent m.in. Unicum. Odkryciem tego roku jest dla mnie Zwack Fütyülős Mézes Barack, czyli wspaniała nalewka miodowa, zresztą występuje w wielu odmianach - z dodatkiem różnych owoców. Nie do pogardzenie jest też palinka pomarańczowa! A Kecskemet to piekne miasto, jedno z najładniejszych na Węgrzech. Wspaniałe secesyjne kamienice, niektóre tak fantazyjnie dekorowane, jakby projektował je sam mistrz Gaudi. Dużo zieleni i spokój prowincji. Przez cały wieczór towarzyszył nam postrzelony łysy żulik, Zsolt, który ogrywał nas w bilard i któremu stawialiśmy w kolejnych knajpach piwo (jakoś palinki mu nie smakowały), w zamian za to wskazywał coraz to dziwniejsze lokale, w których znał zresztą niemal każdego. On mówił do nas po węgiersku, my do niego po polsku i świetnie się rozumieliśmy w zasadniczych sprawach. Następnego dnia zwiedziliśmy m.in. niezwykłe ruiny gotyckiego kościoła w Zsambek (te węgierskie nazwy! - m.in. piliśmy piwo w barze w miejscowości Vértresszőlősön). Przypadkiem trafiliśmy na koncert nieco nacjonalistycznego zespołu Karpatia w mieście Tata. Koncert odbywał sie na dziedzińcu zamku, nad jeziorkiem, ściągnęło masę osób z narodowymi flagami, był niezły cyrk, a zespół wykurwia jak się patrzy (link do materiału wideo z tego koncertu). Spaliśmy 10 km od Taty, w przemysłowym mieście Tatabanya. Stąd pojechaliśmy już na Słowację, m.in. na koncert z okazji 20-lecia grupy Konflikt, o czym w ostatniej kartce napiszę. Więcej... |
Czwartek, 29 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (5) Czarnogóra |
|
Disorder
|
Herceg Novi, Kotor, Budva, Cetynia, Podgorica, objechaliśmy praktycznie całą południową Czarnogórę, a następnie pojechaliśmy wzdłuż kaniony rzeki Moraczy, śpiąc w górskim Kolasinie oraz kanion rzeki Tary aż po wiszący most na Tarze, skąd już skierowaliśmy się do Serbii. O Czarnogórze pisałem wiele w kartkach z ubiegłego roku. Wybrzeże czarnogórskie należy do najpiękniejszych zakątków świata. Kotor to Dubrovnik w miniaturze, starówka Budvy to miniatura Kotoru, zaś położony na wysepce Sveti Stefan to pomniejszona starówka Budvy (obecnie trwają prace renowacyjne i Sveti Stefan jest zamknięty dla turystów). Objechaliśmy Bokę Kotorską zatrzymując się w każdej niemal miejscowości, a sa tu zarówno rzymskie ruiny, liczące tysiąc lat cerkwie, piękne miasteczka jak choćby Perast, średniowieczne warownie, ufortyfikowane miasta z brukowanymi ulicami i starą zabudową, malowidła skalne nieopodal Risan, a wszystko to zatopione w klimacie śródziemnomorskim, wśród palm, dojrzewających pomarańczy i cytryn, drzewek oliwnych i agaw, z lekką morską bryzą, pięknie wyglądające w promieniach zachodzącego słońca (wschody przesypiałem). Nie będę się rozpisywał, bo o Czarnogórze przecież dużo wczesniej pisałem, objechałem ten kraj jak długi i szeroki, a jak wiadomo do największych nie należy; z pewnością jednak do najpiękniejszych. Jednocześnie jednak nie jest tu tanio. Za noclegi na kwaterach płaciliśmy od 10 do 20 euro od osoby (poza sezonem!), piwo w knajpie kosztuje ok. 1,5 euro, kieliszek pelinkovaca czy rakiji - 1 euro. Wciąż taniej niż w Chorwacji, ale zdecydowanie drożej niż w Bośni czy Serbii. Więcej... |
Niedziela, 25 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (4) Bośnia |
|
Disorder
|
Hej, kolejną kartkę piszę w knajpie w Dubrovniku, gdzie śpimy u znajomego, Alana Custevicia, który na codzień trudni się żebraczą grą na harmonii na placu starego Dubrovnika, a mieszka w rozsypującym się domu na wzgórzach, przy nowym porcie, jakieś cztery kilometry za murami tej wspaniałej starówki odnowionej już po zniszczeniach zadanych przez Serbów. O Dubrovniku pisałem już jednak kartkę z innej mojej podróży, także możecie poszukać w archiwum. Natomiast winien jestem relacji z Bośni. Pierwszą noc spędziliśmy w serbskiej enklawie - Banja Luka. Miasto niczym się nie wyróżnia, jest tu zamek, ale nie powiem żeby wart był oglądania, polecam natomiast zamkową restaurację "Kazamat". Trafiliśmy akurat na przegląd młodych muzycznych talentów, więc bawiliśmy sie przez cały wieczór przy różnej wartości muzyce, wszak skocznej zazwyczaj i do pląsów skłaniającej. Nie znam dobrze Bośni, zatem sporo nowych miejsc odwiedziłem za tym razem. Ruiny kilku zamków (Zvecaj, Krupa na Vrbasu), imponujące miasto Jajce z zamkiem, wielką starówką i katakumbami, w których ukrywał się ponoć marszalek Tito. Następnie Travnik - tu kolejny zamek, poza tym z Travnika pochodzi noblista Ivo Andrić i można oglądać jego dom. Nocleg w Sarajewie, kolejny mój pobyt w tym kosmopolitycznym mieście, moim zdaniem najładniejszej po Belgradzie stolicy państw powstałych po rozpadzie Jugosławii (opisywałem w kartce w ubiegłym roku). Polecam wieczorny spacer po barach w muzułmańskiej (sic!) części, czyli po starówce, gdyż jest to niepowtarzalna okazja do zakosztowania niecodziennej ilości domowych rakij ("Barhana" to najlepsza "grapperia", czyli po naszemu bar z rakijami). Dalej jechaliśmy wzdłuż malowniczego kanionu rzeki Neretwy, podziwiając wodospady. Na trasie kolejne wiekowe miasto z górującym zamkiem - Pocitelj. Oczywiście Mostar, ale o nim też pisałem w kartce z jakiejś wcześniejszej wizyty na Bałkanach, pewnie z 2008 roku... Przejechaliśmy przez niewielki fragment bosniackiego wybrzeża i miasto Naum - latem kurort, obecnie wymarłe. Bośnia to piękny kraj, zupełnie niedoceniany, nawet nie ma dobrego przewodnika po polsku. Góry, rzeki nadające się na rafting, trochę zaniedbane, nie mniej imponujące stare grody, bardzo sympatyczni ludzie, znakomita kuchnia. Warto sie wybrać, zwłaszcza że to jeden z najtańszych krajów w Europie. Następna kartkę napiszę z Czarnogóry. Więcej... |
Piątek, 23 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (3) Chorwacja |
|
Disorder
|
Tym razem z Bośni piszę o dwóch poprzednoich dniach spędzonych w Chorwacji, siedze w kafejce w Banja Luka, serbskiej enklawie w Bośni. Wrcacając jednak do dni minionych, zaraz przy granicy ze Słowenią zwiedziliśmy malowniczo położony na wzgórzu nad jeziorem zamek Trakoszczan. Sam zamek to neoromantyczna budowla, ale wzniesiona na miejscu dawnej siedziby możnego rodu Draszkowiczów (ich portrety można oglądać w stylowych, pięknie umeblowanych wnętrzach). Zameczek uważany jest za jedną z największych atrakcji regionu - Zagorja. Dalej pomknęliśmy autostradą do miasta Karlovac (autostrady płatne i to słono), znanego przede wszystkim z browaru i piwa Karlovacko. Sam browar został przejęty przez Heinekena i nawet nie ma na jego terenie knajpy, za to w mieście i owszem, piwo leje się strumieniami. Pod miastem, akurat na przeciwko browaru, jest zamek Dubovac, poza tym miasto niczym się nie wyróżnia, prowincja. Spaliśmy na prywatnej kwaterze pod miastem, zresztą w bardzoi sympatycznym domu pełnym plątających sie małych kotków. Kolejny dzień to Zagrzeb. To moja trzecia wizyta w stolicy Chorwacji, także znajdziecie relecje z Zagrzebia gdzies w starszych kartkach z podróży, o mieście nie będę więcej pisał. Pogoda była piękna, więc z radością spacerowaliśmy brukowanymi uliczkami Górnego Miasta. Spaliśmy na skłocie Medika, właściwie w samym centrum. Organizowano tam koncert, grały dwa miejscowe zespoły: Spierdalaj (oi-punk) i Socialna Slużba (oldschool) oraz angielska gwiazda The Restarts. Widzialem Restartsów kiedyś w Londynie, ale w Zagrzebiu dali prawdziwy popis grając niemal przez dwie godziny kawałki z całego okresu twórczości. Sam skłot to niemal pięciogwiazdkowy hotel :) Ogromny, mniej więcej dziesięć razy większy od warszawskiej Elby. Dostaliśmy pokoój gościnny (spaliśmy z Restartsami), a tam materace, czysta pościel!, gorąca woda, prysznice itp. Kieran z Restartsów trochę hałasował w nocy, ale w końcu na coś wynaleziono zatyczki do uszu :) Za to bardzo fajnym kamratem okazał się gitarzysta Restartsów, Robin, który spal na materacu obok mnie razem ze swoją blond przechodzoną pięknością. Na skłocie opiekował się nami Andrea, dbając byśmy trafili w labiryncie pomieszczeń do właściwego pokoju. Andrea, thx a lot for your help! Z zagrzebia pojechaliśmy do Jasenovac, gdzie w latach II wojny światowej był chorwacki obóz koncentracyjny, w którym mordowano Serbów. Dziś jest tu multimedialne muzeum. A dalej - do Banja Luka, o czym w następnym odcinku. Więcej... |
Środa, 21 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (2) - Austria, Słowenia |
|
Disorder
|
Jestem już w Chorwacji, zapóźniony mocno w relacjach, przejechaliśmy z Olgierdem przez Austrię i Słowenię. Ostatni raz pisałem do was jeszcze z Czech, z miasteczka Valtice, stamtąd blisko było już do austriackiej granicy. Przejechaliśmy właściwie wiejską drogą, wszak granicy fizycznie nie ma żadnej i znaleźliśmy się w austriackim mieście Schrattenburg. To region znany z winnic, podobnie jak po drugiej stronie granicy - na Morawach. Zatrzymaliśmy się w Poysdorf, niewielkim ale ładnym austriackim miasteczku pełnym winnych piwniczek. Dalej pojechaliśmy w stronę Wiednia, który minęliśmy obwodnicą autostrady. Byłem w Wiedniu już kilkakrotnie, m.in. na zaproszenie prężnie tu działającego Instytutu Polskiego, kiedy miałem możliwość siedzieć prawie tydzień w stolicy Austrii. My zatrzymaliśmy się w Wienner Neustadt. Nie byłem tu wcześniej i rozczarowałem się. Zamek jest obecnie zajmowany przez akademię wojskową, są tam koszary i nie można zwiedzać, a samo miasto robi jednak prowincjonalne wrażenie. Kolejnym punktem wyprawy była Słowenia. Możecie znaleźć gdzieś w archiwum moje kartki z poprzedniej niemal dwutygodniowej podróży po Słowenii. Znów gościłem w Mariborze i tu spaliśmy. Przez ostatnie dwa lata miasto bardzo się zmieniło, pięknie odnowiono starówkę, jest masa bardzo sympatycznych knajpek, pluskaliśmy sie też w termalnym kąpielisku Fontana. Z Maribora pojechaliśmy przez Ptuj, zwiedzając santuarium Ptojska Gora (w samym Ptuju spaliśmy poprzednim razem) i przekraczając granicę z Chorwacją, o której następnym razem... Więcej... |
Niedziela, 18 Kwietnia, 2010
Kartka z podróży (1) - Czechy |
|
Disorder
|
Siedzę własnie w knajpie Avalon i korzystam z bezprzewodowego internetu. Jestem w miasteczku Valtive w Czechach przy granicy z Austrią. Jest tu potężny pałac barokowy rodu Liechtensteinów, a poza tym jak na prowincji - cicho i spokojnie, lokalne winniczki świecą pustkami. W okolicy jest kilka ładnych zamków, choćby neogotyckie romantyczne ruiny zamku Januv w Lednice. Wczoraj bawiliśmy się w Czeskim Cieszynie, upojeni i upaleni swobodą obyczajów, legalnie bowiem można palić ganję w barach, przez co dostałem małpiego rozumu (ten typ tak ma). Poza tym pojawił sie nowy trunek - Vamp, destylat pięćdziesięcioprocentowy o wielu smakach, podawany w probówkach (tak też podawany bywa krvesaj). Nie rozpisuję się bo jeszcze nie zatęskniłem za stukaniem w klawiaturę laptopa. Jutro przez Austrię jadę do Słowenii, dam znać. Więcej... |
Środa, 14 Kwietnia, 2010
Definicja bohaterstwa |
|
Disorder
|
Prezydencka para spocznie na Wawelu, w krypcie Piłsudskiego, obok królów i bohaterów narodowych, jak informują media. "Zmarł po bohatersku" - tłumaczy kardynał Dziwisz. "Czyn dokonany przez bohatera; postawa właściwa bohaterowi; odwaga, dzielność, męstwo" - definiuje bohaterstwo słownik języka polskiego. "Bohater – osoba, która odznaczyła się niezwykłymi czynami, męstwem i ofiarnością dla innych ludzi" - uzupełnia Wikipedia. Pojawia się zatem pilna potrzeba zmian definicji, aby uwzględniały przypadek i zły los. Ze smutkiem patrzę jak politycy z tragedii zrobili cyrk. Więcej... |
Poniedziałek, 12 Kwietnia, 2010
Zmarł Malcolm McLaren |
|
Disorder
|
Nie jest to dobry czas na pożegnanie ojca chrzestnego Sex Pistols, kiedy cała Polska pogrążona jest w żałobie, tak się jednak złożyło, że przed czterema dniami zmarł Malcolm McLaren, a do mnie dziś dopiero ta wiadomość dotarła, jakże błaha w natłoku innych tragicznych doniesień. Ten skandalista, muzyk, stylista, kreator mody, miał 64 lata. Zmarł po wieloletnich zmaganiach z rakiem. Pamiętamy jego wizytę w Polsce, kiedy to podobno proszony był przez kancelarię prezydenta Kwaśniewskiego o stylizacje. Mawiał o sobie, że dał światu wiele rzeczy, ale największy rozgłos przyniósł mu "wynalazek zwany punk rockiem". Prawdą jest, że jedynie Sex Pistols z jego projektów muzycznych przeszło do historii (prowadził też m.in. New York Dolls oraz Adam & The Ants czy Bow Wow Wow), można się jednak spierać, ile w tym zasługi Malcolma McLarena. Sam zespół zrezygnował z jego usług po kilku skandalach z wytwórniami płytowymi (przedstawionych w filmie "The Great Rock'n'Roll Swindle" - notabene McLaren śpiewa tam w filmowej wersji "God Save The Queen" oraz w "You Need Hands") i de facto rozbiciu zespołu. Sex Pistols wygrało z McLarenem proces o prawo do nazwy, przedstawiając jednocześnie dowody na defraudację pieniędzy i tak drogi ich na dobre się rozeszły, choć sam McLaren jeszcze przez ponad trzy dekady chętnie utożsamiał się z punk rockowym epizodem w swoim życiu. Sam nagrał kilka płyt o bardzo zróżnicowanym repertuarze. Najlepszą z nich jest album z 1994 roku pt. "Paris", w którym gościnnie śpiewa obok niego Catherine Deneuve. Ojciec chrzestny punk rocka był niewątpliwie ekscentrykiem i blagierem. Finansowy skandal wokół Sex Pistols z pewnością nie przysłużył się wizerunkowi sceny punk końca lat 70. Zapamiętamy go jako zabawnego narratora z "The Great Rock'n'Roll Swindle", ironicznego, cynicznego i umiejętnie wykorzystującego skandal jako element autopromocji. Więcej... |
Niedziela, 11 Kwietnia, 2010
Diabły z Loudun |
|
Disorder
|
Nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazała się właśnie nie tłumaczona wcześniej na polski książka Aldousa Huxleya „Diabły z Loudun”. Zaskakująca powieść w dorobku autora „Nowego wspaniałego świata”, pisana z dbałością o historyczne realia, jest tak naprawdę literacką biografią Urbaina Grandiera, katolickiego duchownego z Loudun, który w 1634 roku został spalony na stosie za rzekome praktyki czarnoksięskie. Huxley pokazuje zarówno charakter samego Grandiera – donżuana w sutannie, hedonisty i karierowicza, ale też przedstawia bogate tło zdarzeń. Zakulisowe gry prowadzone zarówno przez wrogów w prowincjonalnym francuskim miasteczku, jak i wielka polityka, bo Grandier był szeroko ustosunkowany, wspierany m.in. przez pozostającego blisko królewskiego dworu d’Armagnaca, mieli zresztą wspólne interesy, gdyż nie chcieli dopuścić do planu zburzenia zamku w Loudun. Grandier miał jednak jeszcze potężniejszych wrogów, wśród nich kardynała Richelieu, co ostatecznie doprowadziło go na stos (z powodu miłosnych skandali miał wcześniej niezależne procesy zarówno duchowne jak i świeckie). A równolegle w książce Huxleya rozgrywa się historia siostry Joanny des Agnes z Loudon, tym bardziej dla nas interesująca, że jej losy przedstawił Jarosław Iwaszkiewicz w swoim arcydziele „Matka Joanna od Aniołów”. Grandier właśnie winien był jej opętania. Dodam jedynie, że książka Huxleya, w odróżnieniu od Iwaszkiewicza, arcydziełem bynajmniej nie jest. Ciekawa panorama XVIII wiecznej Francji, jako literatura jednak zbyt rozwlekła, przegadana, fabuła gubi się w historycznych detalach. Więcej... |
Sobota, 10 Kwietnia, 2010
Bóg rzeczy małych |
|
Disorder
|
| Ukazało się własnie nowe wydanie powieści Arundhati Roy „Bóg rzeczy małych”, jednej z najpiękniejszych współczesnych baśni, która łączy w sobie mity europejskie i hinduskie, a jednocześnie jest uniwersalną opowieścią o pragnieniu miłości. Tytułowy „Bóg rzeczy małych” potrafi przygarnąć i zaopiekować się drobiazgami, nie ogarnia jednak procesów historycznych i uwarunkowań kulturowych, które są istotnym tłem tej lirycznej książki. Roy przedstawia wielki świat widziany małymi oczyma pary dzieci, oczyma często pełnymi przerażenia i równie często świadomych niezrozumienia. To także książka o potrzebie wytyczania własnej przestrzeni oraz o tych, którzy ją naruszają. Urzeka bogactwo języka Roy, umiejętność budowania nastroju w krótkich akapitach i dialogach, zestawienie abstrakcji z bardzo dosadnym, nieraz wręcz naturalistycznym widzeniem rzeczywistości. Przejmująca książka o dzieciach napisana dla dorosłych. Więcej... |
Niedziela, 4 Kwietnia, 2010
Literackie last minute |
|
Disorder, Krzysztof Masłoń
|
W świątecznym wydaniu „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł mój i Krzysztofa Masłonia, poświęcony literaturze i podróżom: „Literackie last minute” (wydanie z dn. 2.04.2010). Oto przedruk obszernego tekstu:
Z politowaniem spoglądamy na wysiłki władz miejskich wydających niemałe pieniądze na promocję, a to Łodzi czy Lublina, to znów Gdyni czy Białegostoku, że o Warszawie nie wspomnimy. Rozumiemy, że bez promocji dziś ani rusz. Rozpisywane są więc konkursy na hasła reklamujące przepiękne, a stanowczo niedoceniane grody, rozwiesza się billboardy po drogach i bezdrożach, wykupuje telewizyjny czas antenowy, by mniej lub bardziej przekonującymi spotami przekonać widzów do ruszenia się sprzed telewizora i natychmiastowego przyjazdu do Łodzi, Lublina etc. Ale jakoś nie przyjeżdżają. O tym, że i ślepej kurze trafi się czasem ziarno, przekonano się w Sandomierzu za sprawą serialu „Ojciec Mateusz”. To, swoją drogą, znak czasu. Kogokolwiek, jako tako zorientowanego w geografii turystycznej Polski, by spytać, wskazałby Sandomierz jako jedno z najpiękniejszych miast Polski. Zdawałoby się też, że dość przekonująco pisał na ten temat Jarosław Iwaszkiewicz z Wiesławem Myśliwskim pospołu. A jednak trzeba było dopiero posadzić na rower Artura Żmijewskiego, by otworzyć oczy niedowiarkom na sandomierskie piękno. Nie trzeba za to ruszać się z kanapy, by odbywać najbardziej egzotyczne podróże, i to niekonieczne przed szklanym ekranem, co czynimy najczęściej wpatrzeni w Animal Planet, Discovery, National Geographic czy inną z coraz większej liczby stacji przyrodniczych. Podróżniczym kanałom telewizyjnym towarzyszy niesłychanie bogata oferta książkowa, świadcząca o tym, że lubimy przenosić się w czasie i przestrzeni, dawać się uwodzić egzotyce nieznanych miejsc. Więcej... |
Piątek, 2 Kwietnia, 2010
Pisanki |
|
Disorder
|
Kwiecień to dla mnie zawsze najbardziej twórczy okres, w szczególności zaś święta Wielkanocy, kiedy można odciąć się od świata, wyłączyć telefon, odłączyć Internet i pisać, pisać, pisać. W okresie Wielkanocy w poprzednich latach powstały w znacznym stopniu: "Meksyk kraj kontrastów", "No Future Book" oraz "Złam prawo". "Złam prawo" pisałem po dziesięć godzin dziennie, robiąc jedynie przerwę na godzinną wycieczkę rowerową. Pisałem właściwie "do wypłakania oczu", biurko miałem zastawione kroplami i tabletkami na oczy (generalnie mam dobry wzrok, ale dziesięć godzin wpatrywania się w monitor męczy bardziej niż kopanie rowów). Nie inaczej będzie w te święta, choć może sił mi nie wystarczy na dziesięciogodzinny wysiłek. Chciałbym aby do połowy kwietnia gotowa była znaczna część nowej książki. Początkowo planowałem napisać powieść o wilku-omega, który zraniony znalazł się poza stadem i musi sobie poradzić. Ale co można napisać na 200 stronach o wilku? Cholera, nie podołam temu, zorientowałem się już po kilkunastu zdaniach. Wyrzuciłem wilka i zacząłem pisać zupełnie inną powieść. Roboczy tytuł to "Bomba w windzie". Jest to trochę groteskowa opowieść o śmierci. Akcja rozgrywa się w Londynie, miejsce nie ma jednak wielkiego znaczenia, bo konkretnie fabuła osadzona jest w szybie windy. Bohater został tam uwięziony, prawdopodobnie w wyniku wybuchu podłożonej przez terrorystów bomby, nie wie czy się wydostanie, nie wie czy umrze z braku powietrza, czy z głodu. Ma czas by przyjrzeć się swojemu życiu - w przód i w tył. Całość jednak ma być napisana w konwencji nieco psychodelicznej, a zatem do końca nie będzie wiadomo, czy ten facet naprawdę siedzi w szybie windy; może mu się to śni, może halucynuje? A zatem piszę nową powieść i mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie, bo rozpoczętych książek, których nigdy nie dokończę mam już zdecydowanie za dużo w śmietniku. Więcej... |
Czwartek, 1 Kwietnia, 2010
Zmarł KTT |
|
Disorder
|
Zmarł Krzysztof Teodor Toeplitz, znakomity felietonista, dziennikarz, pisarz, animator wielu przedsięwzięć kulturalnych, m.in. jedynego tygodnika literackiego wydawanego po 1989 roku - "Wiadomości Kulturalnych". Znałem go od dziecka, przez wiele lat byliśmy sąsiadami a moi rodzice przyjaźnili się z Krzysztofem i Bożeną Toeplitzami, bywaliśmy u siebie wzajemnie na obiadach i uroczystościach rodzinnych. Zawsze szeroko uśmiechnięty, życzliwy i... cierpliwy, co nie jest cechą częstą u ludzi pióra. Jako nastolatek przynosiłem mu do czytania swoje pierwsze próbki literackie, a on życzliwie komentował. Pożyczał mi książki, doradzał lektury - zwykle zbyt poważne jak na mój wiek. Gdy miałem 19 lat pozwolił mi rozpocząć staż dziennikarski w dzienniku "Nowa Europa", w którym mogłem pisać o książkach. Tam uczyłem się dziennikarstwa, poznałem też wielu późniejszych przyjaciół i współpracowników, choćby Janusza Drzewuckiego, poetę i obecnie redaktora naczelnego wydawnictwa Czytelnik, z którym wówczas pracowałem przy jednym biórku. Toeplitz zebrał znakomity zespół do ówczesnego działu kultury "Nowej Europy", szkoda że gazeta nie przetrwała pierwszych lat transformacji i jak wiele innych w tamtym czasie zbankrutowała. Potem publikowałem u KTT w "Wiadomościach Kulturalnych" - rzadko i zwykle pod pseudonimem, gdyż wówczas pracowałem już w "Rzeczpospolitej", a ta krytycznie patrzyła na lewicowego publicystę. Kiedy jednak odmówiłem napisania jakiegoś nieprzychylnego KTT artykułu, zamawianego przez redakcję "Rzeczpospolitej", potraktowano to ze zrozumieniem. Wiele zatem zawdzięczam życzliwości KTT. Był człowiekiem otwartym na świat i odmienne poglądy, choć z entuzjazmem bronił własnych - nawet wówczas, gdy było to dalekie od politycznej koniunktury. Cenił niezależność, u innych, ale także u siebie. Ceną potrzeby niezależności było zapewne opuszczenie łamów "Polityki", z którą jako felietonista był przez dziesięciolecia związany. Wybrał własną drogę, chociaż może nie był to wybór najlepszy. Pozostawił po sobie wiele książek, w tym pewnie dla siebie najważniejszą, przedstawiającą losy własnej rodziny - "Rodzina Toeplitzów. Książka mojego ojca". Był autorem scenariuszy popularnych seriali (w tym "Czterdziestolatka") i wielu filmów fabularnych. Jako felietonistę cechował go ironiczny dystans do wydarzeń z pierwszych stron gazet, humor, ale i niezwykła wrażliwość na drobne sprawy zwykłych ludzi, a nawet zwierząt (w jego domu w Łomiankach zresztą zawsze było pełno zwierzaków). Agnieszka Holland, z która współpracował przy filmie "Gorączka", powiedziała o KTT: "Dusił się w czasach peerelowskich. Ale jednocześnie strasznie nie chciał opuścić Polski. W jakimś sensie ten jego patriotyzm mógł być często powodem jego niekoniecznie najlepszych wyborów życiowych czy politycznych". Miał 77 lat. Ostatni raz widziałem go chyba na urodzinach mojej mamy, jak zwykle był uśmiechnięty i dowcipny. W mojej pamięci zawsze będę wspominał go z wdzięcznością i sympatią. Więcej... |
Poniedziałek, 29 Marca, 2010
Zew wolności |
|
Disorder
|
Po obejrzeniu filmu "Beats of Freedom" uczucia mam mieszane. Temat kombatanctwa polskiego rocka wyeksploatowany jest do bólu zębów i słuchanie po raz kolejny niemal tych samych wypowiedzi Marka Niedźwieckiego, Jurka Owsiaka, Grzegorza Markowskiego, Waltera Chełstowskiego, Kory Jackowskiej czy nawet Tomka Lipińskiego (który akurat ma do powiedzenia więcej i ciekawiej niż wielu innych w filmie) jakoś nie specjalnie mnie pociągało. Urywki starych kronik pamiętam z dawnych czasów, ale trzeba przyznać, że znakomicie zmontowano je tu z materiałami archiwalnymi z koncertów (jaki młody ten Brylewski!, no i jak wiele osób już nie żyje...). Wychodząc z kina (absolutnie nie nudziłem się i nie żałuję wydanych pieniędzy na bilet) pomyślałem jednak, że to film nie dla mnie, że ja to znam, słyszałem, widziałem, że już mnie to nudzi, ale przecież dla wielu będzie to nowość i inicjacja w kontakcie z polskim rockiem lat 70./90. Przede wszystkim dla widzów za granicą. To dobrze, że oprowadzającym po kombatanckiej historii polskiego rocka jest angielski dziennikarz muzyczny Chris Salewicz (autor m.in. biografii Joe Strummera), że film powstał po angielsku i do pewnego stopnia z myślą o widowni niepolskiej. Mam nadzieję, że obejrzą go ludzie w Londynie, Berlinie, Paryżu, Bukareszcie i Budapeszcie i będzie to dla nich ważne przeżycie, jak dla mnie był np. film "The Filth and the Fury", że może także odkryją polskiego rocka, bo ten się pomimo opływu lat absolutnie broni. Dobór utworów jest zresztą znakomity, a mamy tu przegląd od Niemena ("Dziwny jest ten świat") po Dezertera ("Nie ma nas", "Pałac") - pokazuje on zarówno ogromny potencjał wokalny i muzyczny, ale i siłę przekazu, buntu, który był artykułowany w każdym niemal słowie i to pomimo cenzury! Myślę także, że ten film może być ważnym dokumentem dla młodszego o dwie dekady ode mnie pokolenia, które słucha często innej muzyki, a niektórzy także odkrywają rocka lat 80. i ze zdziwieniem odnajdują przyjemność z obcowania z tą "poszarpaną" muzyką. To, co dla mnie było tak oczywiste, że aż banalne, dla młodszych widzów może być odkryciem innego świata, w którym wolność znaczyła więcej, bo samo słowo "wolność" trąciło działalnością wywrotową. Przy tym, a o tym film nie mówi i w tym sensie jest nieprawdziwy, wielu z nas w tamtych czasach nie buntowało się przeciwko systemowi, system mało nas obchodził - chcieliśmy wolności artykulacji, krzyku naszego pokolenia, a ten krzyk póbowano wygłuszyć. Kiedy milicja spisywała mnie "podejrzany, w czerwonych spodniach", to nie czułem, że walczę z systemem, miałem poczucie, że walczę o swobodę ekspresji, manifestowania swoich estetycznych wyborów - choćby w tak prozaicznej formie jaką był ubiór. To poczucie wolności dawał też Jarocin, nie ważne czy był sterowany przez milicję, SB czy kogo tam jeszcze w czarnych okularach, ważne, że byliśmy razem, my, którzy chcieliśmy wtedy tylko "być inni". A może po prostu chcieliśmy "być" i w ten sposób wykrzyczeć siebie... "Mam szeptać, chcę krzyczeć, po ludzku żyć", śpiewał Piekarczyk z TSA (także na filmie). Dokładnie trafia to w sedno. Chcieliśmy krzyczeć, ale polityka była domeną innych osób. I to nie przypadek, że to nie muzycy rockowi, ani nie jarocińska publiczność, zajmuje dziś miejsca w rządzie i parlamencie. W nas niczym nieuleczalny wirus pozostał z lat 80. bunt. Więcej... |
Niedziela, 28 Marca, 2010
Nowe opowiadania Amosa Oza |
|
Disorder
|
"Sceny z życia wiejskiego" to tytuł najnowszego zbioru opowiadań izraelskiego pisarza Amosa Oza. Te krótkie naogół teksty łączy miejsce – prowincjonalne izraelskie miasteczko Tel Ilan i jego mieszkańcy. Czas jakby się tu zatrzymał, nic zatem dziwnego, że narracja także jest jakby zawieszona, historie są niedopowiedziane, losy niedokończone, rozmowy nieistotne, nieuważnie słuchane. Małomiasteczkowa społeczność żyje w nienaturalnym rozbiciu na jednostki, niby każdy o każdym wszystko wie , ale nikogo sprawy drugich nie interesują. Zdumiewa martwota uczuć, które nawet jeśli są, to odpychane, niechciane – dotyczy to w równym stopniu lęków, jak i namiętności. Amos Oz, podobnie jak Isaac Bashevis Singer, ma upodobanie do szczegółu, buduje atmosferę swojej narracji poprzez wypełnioną detalami scenografię miejsc. Ludzie są jakby cieniami. Najbardziej podoba mi się jednak umiejętność Oza do nagłego urywania wątku, bardzo charakterystyczna nie tylko dla tych opowiadań. Jego historie się nie kończą, czytelnik może samodzielnie snuć dalej opowieść. To nagłe zakończenia ma jednak konkretny cel, daje do zrozumienia, że rozwiązań może być wiele, wybór jednego z nich byłby zatem niepotrzebnym ograniczeniem, zwłaszcza że w wyobraźni – inaczej niż w rzeczywistym życiu – możemy te same zdarzenia przeżywać na nowo, za każdym razem inaczej. Więcej... |
Czwartek, 25 Marca, 2010
Dodekafonia |
|
Disorder
|
Ukazała się pierwsza od pięciu lat autorska płyta Grabaża - "Dodekafonia" Strachów na Lachy. Anonsowały ją single, wywiad-rzeka Grabaża, którego fragmenty przedrukowała "Lampa", a w którym tłumaczył się z niemocy twórczej, były też dwie niezbyt udane płyty - w 2007 roku z interpretacjami piosenek Kaczmarskiego, a rok później z coverami polskiego punka oraz tom z tekstami piosenek. Zawieszono Pidżamę Porno, a i Strachy koncertowały mniej. Grabaż miał chandrę. Więcej... |
Niedziela, 21 Marca, 2010
Alicja po drugiej stronie lustra |
|
Disorder
|
Tytuł filmu Tima Burtona "Alicja w Krainie Czarów" wprowadza nieco w błąd, gdyż nie jest to historia znana z pierwszej powieści Lewisa Carrolla, na marginesie jednej z moich ulubionych książek, którą w przekładzie Antoniego Marianowicza znam niemal na pamięć (przekład dialogów filmowych bazuje na nazewnictwie wprowadzonym przez Macieja Słomczyńskiego, mamy zatem np. Marcowego Zająca a nie Szaraka bez Piątej Klepki, a swoją drogą tłumaczeń na polski pierszej "Alicji" było siedem, z czego pierwsze, z 1910 roku, przepadło bez śladu - nie zachował się ani jeden egzemplarz). Film w większym stopniu nawiązuje do kontynuacji przygód Alicji - "Po drugiej stronie lustra" (w Warszawie na ul. Ząbkowskiej jest knajpa o takiej nazwie, w której ulokowałem zakończenie przedostatniego rozdziału mojej powieści "Złam prawo", kończy go zresztą cytat z "Alicji" w przekładzie Marianowicza; zaś nowy polski przekład "Po drugiej stronie lustra" ukazał się w tym roku w tłumaczeniu Bogumiły Kaniewskiej, nakładem oficyny Vesper). Kontekstów odnoszących się do "Alicji" znajdziemy w kulturze mnóstwo, tu chwalę się własną książką, bo to w końcu mój blog, ale też przy okazji dodam, że jedna z moich ulubionych płyt Siouxsie & The Banschees została zainspirowana drugą częścią "Alicji", nosi zresztą tytuł "Through the Looking-Glass". Wracając jednak do filmu, bo wciąż zmieniam wątki, i pomijając jego wprowadzający fanów "Alicji" w błąd tytuł - jest rewelacyjny. Wspaniałe scenografie, animacje komputerowe, pięknie wyobrażony świat marzeń sennych, urocza Alicja, jeszcze bardzie uroczy Kot Dziwak (który w filmie nie nazywa się Dziwakiem), pląsający Kapelusznik, niezwykłe animacje zwierząt. Całość zrobiona z wyobraźnią i rozmachem, obok "Opowieści z Narnii" to chyba najlepsza ekranizacja prozy dziecięcej (czy "Alicja" jest dla dzieci?, szczególnie zaś "Po drugiej stronie lustra"... mam wątpliwości). Mi się zresztą podobało bardziej od "Opowieści z Narnii", ale to też bardziej kameralna opowieść, więc reżyser dysponował innymi środkami. Film obejrzałem w 3D - efekty przemyślane, bez efekciarstwa tak typowego dla wielu produkcji Disneya, perspektywa buduje tu plan, tło zresztą najczęściej rozmywa się jak we śnie, jest nieostre jak w fotografii, w której ustawiono ostrość na pierwszy plan, tylko w nielicznych przypadkach 3D wykorzystano do efektów specjalnych (ten kończący film, z motylem, jest zresztą rewelacyjny). Oglądałem wersję z dubbingiem bo strasznie męczą mi się oczy gdy czytam napisy w 3D. Na ogół nie lubię dubbingu, ale tu został dobrze dobrany do postaci - znakomita Figura jako Czerwona Królowa oraz Pazura jako Kapelusznik. Powtarzający się w filmie cytat, który pozostaje jako myśl przewodnia: "Powiem ci coś w sekrecie, tylko wariaci są coś warci", oczywiście oddaje atmosferę tego zwariowanego filmu, choć nie do końca precyzyjnie zaplanowanej prozy Carrolla, dla którego nie wariactwo lecz wyobraźnia była istotą dzieciństwa. Kto odpowie na pytanie: jaka jest różnica między gawronem a sekretarzykiem? A między krukiem a piórnikiem? Idźcie do kina na "Alicję", a na powyższe pytania spróbujcie znaleźć odpowiedź we własnym zakresie. Ja głowię się nad tym od dziecka... i wciąż nie jestem pewien... Dlatego milczę w tej sprawie. Więcej... |
Czwartek, 18 Marca, 2010
Samotność przestrzeni |
|
Disorder
|
Nakładem Rebisu ukazała się nowa książka amerykańskiej pisarki Annie Proulx, która opisuje egzotyczny dla nas kraj prerii, kowbojów, skunksów i kojotów. Jest to zbiór opowiadań, pt. „Dobrze jest, jak jest”. Wbrew pozorom, tytuł tej książki nie jest optymistyczny, gdyż każde z zamieszczonych tu opowiadań przesiąknięte jest smutkiem. Dobrze jest, jak jest – bo lepiej być nie może, a właściwie to bohaterowie Proulx wcale lepszego życia nie chcą. Nie mają wielu pragnień, przyzwyczajeni do przestrzeni prerii, trudnych warunków, niebezpieczeństw i samotności. „Ktoś, kto wychował się w ciszy i pośród wielkich przestrzeni, kto urodził się, by żyć w samotności, kto czuje się inny i nie chce być zauważany, cierpi w tłumie. Nostalgia przybrała kształt tęsknoty za wiatrem, pustym krajobrazem, milczeniem, samotnością” – tak postrzega świat bohaterka opowiadania „Na samym dnie”, ale podobnie czują też inni bohaterowie tej ponurej książki. Więcej... |
Środa, 17 Marca, 2010
Kartka z Izraela (7) |
|
Disorder
|
Ostatnia obiecana kartka, czyli telgraficzny skrót - jak tam jest, co warto zjeść, co warto wypić? Otóż jest bezpieczniej niż się na ogół sądzi, przynajmniej dla obcokrajowców - obydwie strony, izraelska i palestyńska, bardzo dbają o swój wizerunek na świecie i starają się by turyści czuli się możliwie komfortowo i bezpiecznie i raczej nie ginęli w zamachach bombowych. A rakiety albo mają inteligentny czip, albo mózg zamachowca-samobójcy, więc wiedzą, gdzie trafić. Uciążliwa jest konieczność ciągłego targowania się, zwłaszcza w częściach palestyńskich, brak stałych cen, ciągłe nagabywanie: "kup to, obejrzyj to". W restauracjach na prowincji nazwy dań są albo w alfabecie hebrajskim, albo arabskim, także trudno cokolwiek zrozumieć, poza tym normalką jest brak cen i standardem jest oszukiwanie, także dobrze się najpierw wypytać dokładnie, ile co kosztuje (oszukują zarówno Żydzi jak i Arabowie). Pytanie o cenę musi poprzedzać każdą usługę, nie wolno wsiadać do taksówki zanim się nie wynegocjuje ceny i trzeba być przygotowanym na dalsze negocjacje podczas jazdy (kiedy kierowca nagle stwierdza, że właściwie to zawiezie nas gdzie indziej, za inną cenę, czyli np. nie do hotelu a nad Morze Martwe - 80 km, za to bardzo tanio). Jest dość ponuro, tablice często przypominają o ofiarach zamachów (szczególnie w pobliżu przystanków autobusowych), okropny jest żelbetonowy mur oddzielający autonomię palestyńską, wszędzie pełno karabinów, mundurów, wozów bojowych, a np. kibuce otoczone są drutami kolczastymi i przy wjeździe mają strażnice z wartownikami i karabinami. Zdumiewające, że naród, dla którego druty kolczaste są symbolem holocaustu i największej traumy (ponad 6 mln zamordowanych przez nazistów) z własnego wyboru żyje dziś w quaziobozach, za drutami... Ale idea kibucu jest taka, że ma się "wyżywić i obronić sam". Byłem w dwóch kibucach, nie chciałbym tam spędzić więcej niż kilka nocy. Poza tym budownictwo mieszkaniowe jest okropne, brakuje chodników, brakuje trawników, wszędzie gruzy, brak estetyki, brak dbałości o otoczenie najbliższego miejsca zamieszkania. Pełno bazarów, handel kwitnie do późnej nocy, zamiera tylko w dni świąteczne. Pełno małej gastronomii, je się zwykle na ulicy, dominują dania kuchni arabskiej, które europejscy Żydzi szybko przyjęli za własne. Także kuchnia lokalna mocno odbiega od oferty restauracji żydowskiej w Warszawie. Pyszny jest podawany w szabas czulent - rodzaj gulaszu z koszernego mięsa, z fasolą, ciecierzycą, cebulą. Kuchnia arabska to głównie falafel, szawarma, gołąbki w liściach winogron, mutabal (pasta z bakłażana), humus (pasta z ciecieżycy), czesto do tego ostra harrisa. Orientalne przyprawy. Smaczne, ale trzeba uważać na żołądek. Na ulicach za grosze wyciskany jest sok z granatów lub pomarańczy. Bardzo dużo kawy (arabska z kardamonem), herbata słodka z liśćmi mięty. Alkoholu pije się mało, zarówno w części żydowskiej jak i arabskiej (muzułmanie w ogóle nie piją, ale sporo jest chrześcijan wśród Arabów). W małych lokalach w ogóle nie podaje się alkoholu, jest kawa i fajka wodna, w której palą owocowy tytoń. W większych restauracjach w karcie jest wprawdzie duży wybór, w praktyce okazuje się jednak, że jest tylko wódka czysta, whiskey, ewentualnie gin. Po stronie żydowskiej - wódka koszerna, po stronie arabskiej - arak, czyli wódka anyżkowa. Ceny wysokie. Za małe piwo izraelskie najtaniej płaciłem w sklepie 8 zł, za palestyńskie - 6 zł. Wino najtaniej znalazłem za 16 zł, ale zwykle kosztuje więcej, przy czym na terenie autonomii palestyńskiej nie ma produktów izraelskich. Wódka w części arabskiej droga, kosztuje minimum 30 zł za 0,5 litra. Koszerność to osobny problem. Na przykład nie można łączyć produktów mlecznych z mięsnymi, czyli np. do śniadania nie można zjeść sera żółtego z wędliną. Są osobne zestawy sztućców itp. Jest z tym spory ambaras, bo w barze samoobsługowym można np. niechcący usiąść przy "mlecznym" stole z porcją mięsiwa i robi się afera. Oczywiście o koszerności można napisać książkę, relacjonuję w telegraficznym skrócie. Jest bardzo ciepło, podczas mojego pobytu temperatura często przekraczała 30 stopni. Najcieplej jest na obszarach położonych poniżej poziomu morza, choć wieczory są chłodne - wieje wiatr od pustyni, a 3/4 kraju to pustynia. W Morzu Martwym można się kąpać przez cały rok, w Morzu Czerwonym nie wiem, ale chyba też. Już mi się nie chce więcej pisać, wkleję zdjęcia. Dodam tylko, że ludzie są zazwyczaj pobożni i przywiązani do tradycji, co widać m.in. w sposobie ubierania się. Oczywiście w Tel Awiwie można nawet znaleźć kluby z muzyką punk, ale prowincja jest bardzo rustykalna i bardzo rozmodlona. Więcej... |
Sobota, 13 Marca, 2010
Kartka z Izraela (6) |
|
Disorder
|
Objechałem już niemal cały Izrael, którego powierzchnia (razem z terytorium okupowanym) liczy ok. 22 tys. km kw., tj. tyle co województwo zachodniopomorskie. Na upartego całość można by objechać w trzy dni. Jednocześnie jednak jest to kraj bardzo różnorodny - góry, pustynie, suche wybrzeże Morza Martwego, zielony brzeg Morza Śródziemnego, rafy koralowe Morza Czerwonego... Z ważnych miejsc nie dotarłem jedynie do Ejlatu, nadmorskiego kurortu przy granicy z Egiptem. Nie lubię kurortów, ale podobno bardzo tam ciepło, prognoza pogody mówiła o 35 stopniach. W ogóle jest ciepło, a nawet gorąco, zwłaszcza w terenach położonych na największej na świecie depresji, czyli w obrębie Morza Martwego. Z ciekawych miejsc byłem też m.in. w Tyberiadzie i nad wielkim Jeziorem Galilejskim, nawet skorzystałem z możliwości przepłynięcia przez jezioro w drewnianej łodzi, będącej rekonstrukcją łodzi w jakiej 2000 lat temu pływał św. Piotr. Nad tym jeziorem jest m.in. Góra Błogosławieństw i wiele innych "świętych" miejsc, w tym bardzo ciekawe Kafarnaum, gdzie oglądać można ruiny domu św. Piotra, a także okazałe ruiny starej synagogi. Byłem też m.in. w innych biblijnych miastach: Nazaret i Kanie Galilejskiej czy Jerychu - w większości są to jednak atrakcje dla pielgrzymów, a więc świątynie (czasem okropne, jak np. gigantyczny kościół wyglądający jak żelbetonowy bunkier w Nazaret) i sprzedawcy dewocjonaliów: różańców, krzyżyków, szopek betlejemskich z drzewa oliwnego, buteleczek z wodą święconą i wszelakiego innego badziewia tandetnie wykonanego i wciskanego w cenie "one dollar" przez wyrastających jak spod ziemi arabskich handlarzy. Uciekałem z takich miejsc, ale mam świadomość, że dla wielu to ważne duchowe doświadczenie :/ Miejscem, które z pewnością warto było odwiedzić jest Bet She'an - ogromny kompleks antycznych ruin, w czasach hellenistycznych nazwany Scytopolis, jednak miasto istniało tu już 1500 lat p.n.e. Znakomicie zachował się amfiteatr, łaźnie, ulica z kolumnadą i sklepami z czasów rzymskich... W 749 roku miasto zginęło w wyniku trzęsienia ziemi. Dziś nazywane jest izraelskimi Pompejami. Dla mnie czas już wracać do Polski, i tak zabawiłem tu dłużej niż planowałem. Napiszę jeszcze jedną kartkę z ciekawostkami kulturalno-gastronomicznymi. PS. Do zwykłej porcji zdjęć dołączam portrety jaszczurków bo uwielbiam jaszczury. Więcej... |
|
|
| |
|